czwartek, 29 stycznia 2009

Jak właściwie się załamać - praktyczna instrukcja obsługi studenta po sesji ;)

Sesja się zaczęła, oj tak! Aż łupie w kościach :/ Jestem pełna podziwu dla siebie za moje wymyślne pozycje nad książkami - w kucki, na boku, pół-horyzontalnie, pozycja siedząco-leżąca, a najbardziej uwielbiam pozycję niecierpliwie kartkującą, która polega na przeliczaniu ile mi jeszcze stron do końca zostało ;)

Zafascynowana twórczością Julia Cortazara i jego instrukcjami obsługi, postanowiłam parę lat temu stworzyć własną instrukcję na potrzeby mojego ówczesnego stanu emocjonalnego przedsesyjnego :) Cortazara odkryłam dzięki zacnej kumpeli wspomnianej w poście "bluzka w kwiaty".
Mam nadzieję, że nikomu ta instrukcja nie będzie jednak potrzebna, nie próbuję wywoływać nią w żaden sposób "wilka z lasu", zwłaszcza we własnym obecnym, nieomal beznadziejnym przypadku :/

PRAKTYCZNA INSTRUKCJA OBSŁUGI CZŁOWIEKA
- JAK WŁAŚCIWIE SIĘ ZAŁAMAĆ

Przedmiotem niniejszej instrukcji będzie załamanie, nie rozumiane przez załamanie rąk, lecz załamanie psychiczne lub nerwowe, któremu załamanie rąk winno towarzyszyć niezbędnie, w celu zobrazowania stanów wyżej wymienionych.
Zatem aby właściwie się załamać, należy znaleźć odpowiednie źródło załamania, najlepiej takie, do którego nie angażuje się osób trzecich (sprowadzając na osoby trzecie szereg nieszczęść, wypadków, a nawet śmierć). Dobre załamanie winno skupić się na nas samych. Doskonałym źródłem załamania jest powszechnie znany zawód miłosny. Jednakowoż możemy się uciec do mniej traumatycznych doświadczeń i tak na przykład, mając szczęśliwy przywilej bycia studentem, możemy oblać egzamin, a zwłaszcza komisyjny, przynoszący nam radość z odnoszenia sukcesów zawodowych, jak i też z czerpania późniejszych korzyści finansowych.
Załamanie odbywa się na dwóch płaszczyznach. Winą za źródło naszego załamania możemy obarczać samych siebie (tudzież nasze lenistwo lub braki intelektualne) lub też, z okazji naszej zbytniej pychy - rozumianej przez urażenie naszej dumy i godności osobistej - winą możemy obarczyć osoby trzecie - egzaminatora, skład zacnej komisji - za uprzedzenia do nas, celową złośliwość, kaprys z okazji złej pogody ("Widać, że Pani umie, ale pogoda taka brzydka, deszcz pada, widzi Pani, buty mi przemokły, zapomniałem do tego parasolki, więc dla dobra ludzkości i Pani również, nie mogę zaliczyć Pani tej odpowiedzi. Rozumie Pani, bardzo mi przykro...") i przeniesienia winy za to na naszą biedną, współczucia godną osobę.
W obydwu przypadkach załamanie jest procesem wewnętrznym, ściśle związanym z naszym charakterem, usposobieniem i emocjami (czyt. to samo źródło może wywoływać załamania o różnym natężeniu i stopniu, w zależności od podmiotu, który jest ofiarą załamania). Toteż, gdy już jesteśmy w stanie posiadania odpowiedniego źródła naszego załamania, możemy przejść do zewnętrznych procesów mu towarzyszących, tj. tych, dzięki którym istnieje jakakolwiek możliwość zinterpretowania naszego zachowania jako załamania.

FAZA I - ROZPASZCZENIE
Na samym początku należy się szeroko rozpaszczyć (dolna szczęka wisi bezwładnie), unieść do góry brwi, opuścić ręce najniżej jak to możliwe i ostatecznie ugiąć nogi w kolanach. W pozycji tej pozostajemy nie dłużej jak do 1 minuty, gdyż możemy zostać uznani za istotę, która właśnie doznała (z przyczyn bliżej nieznanych) upośledzenia umysłowego. Paszczękę przy tym możemy otwierać i zamykać co jakiś czas, nie wydobywając jednak żadnego dźwięku z ust, gdyż to, co właśnie demonstrujemy ma ukazać nasze chwilowe zaćmienie, niezgodę na to, co nas właśnie spotkało. Dodatkowo możemy jeszcze wytrzeszczająco mrugać oczami w celu udania zamroczenia umysłowego. Jeśli dysonujemy dyżym talentem aktorskim możemy, na ile to możliwe, zblednąć na twarzy lub też zzielenieć (w zależności od możliwości naszej skóry). Nadmienić należy, że przechodząc z pozycji pierwszej, rozumianej jako postawa naszych przodków, do fazy drugiej (o której za chwilę) możemy usiąść lub osunąć się na fotel, kanapę, tapczan, dmuchany materac, zwykłe krzesło, taboret lub też składany stołeczek wędkarski, ostatecznie z ich braku osunąć nalezy się po ścianie na podłogę, tj. stojąc plecami do ściany osuwamy się w dół, pionowo uginając przy tym kolana (część ciała zamieszczona mniej więcej w połowie długości kończyn dolnych, tj. nóg), łagodnie przechodzimy w kucanie, następnie zniżamy pośladki tak, aby ciężar swój przeniosły na podłogę i wyciągamy nogi przed siebie. Całość ruchu, tj. przejścia kolejno z pozycji stojącej do stojąco-siedzącej, ze stojąco-siedzącej do siedzącej, i wreszczie z siedzącej do siedząco-leżącej powinna być niezwykle płynna i trwać kilka sekund.

FAZA II - TAM I Z POWROTEM
Doprowadzamy się do pozycji stojącej, lekko zgarbionej, pochylamy w dół głowę. Znajdujemy sobie przestrzeń długości kilkunastu kraków. Poruszamy się po niej ruchem jednostajnym lub jednostajnie-zwolnionym z wyznaczonego wcześniej punktu A do punktu B (obranego również wcześniej) oraz z punktu B do punktu A, który to ruch nazywamy potocznie "tam i z powrotem". Przez ruch rozumiemy przenoszenie ciężaru ciała z jednej nogi na drugą w postaci kroków (wzdłuż wyznaczonej linii). Pod ruchem jednostajnie-zwolnionym rozumiemy stopniowe zwalnianie tempa tuż przed punktem docelowym i chwilowe zatrzymanie się w nim.
Naszemu poruszaniu winien towarzyszyć niepokój i zdenerwowanie oraz energiczne wymachiwanie i unoszenie w górę rąk. Co jakiś czas należy otwatą dłonią, a dokładnie jej wewnętrzną stroną plasnąć się we własne czoło (ilość uderzeń na minutę dowolna). Gest ten można urozmaicić pukaniem się w wyżej wymienioną część ciała.
W fazie II można pozwolić sobie na wydawanie dźwięków. Najlepiej mówić do siebie, powtarzając ten sam zwrot lub wyrażenie (np. "To nie możliwe!", "Jestem idiotą!", "Dlaczego???!!!" etc.).

Ciąg dalszy nastąpi :)
Ps. Wkurza mnie brak możliwość robienia akapitów, które musiałabym robić metodą wielokropkową, skutecznie ukrytą pod czarnym kolorem zlewającym się z tłem, ale dziś nie mam ochoty na tę zabawę, więc wybaczycie mi dzisiejsze zaniedbanie :)

Ciąg dalszy następuje :)

FAZA III - KULMINACJA
Faza ta jest o tyle ciekawsza, że pozwala nam na dużą inwencję twórczą w obrazowaniu naszego wiadomego stanu emocjonalnego.
A zatem przy używaniu aparatu mowy możemy pozwolić sobie na wydawanie dowolnych dźwięków - majaczenie, pisk, wrzask, krzyk etc. Jeśli nie potrafisz improwizować obejrzyj straszny horror lub film dokumentalny o małpach człekokształtnych lub krzykaczach. Dla zwiększenia efektów specjalnych zrzucamy wszystko z mebli , co jest w zasięgu naszych rąk (np. telewizor - o ile w dzieciństwie lubiłeś bawić się w psuję-mechanika, rozkładając wszystko na części pierwsze - zaczynając naukę od wydłubania misiowi oka, aby sprawdzić doświadczalnie czy oślepnie, rozkęcenia autka, a na komputerze ojca, który zapisał tam wtedy swoje projekty , sądząc naiwnie, że to najbezpieczniejsze miejsce , skończywszy- i opanowałeś technikę składania tego wszystkiego z powrotem do kupy)- nie należy zbytnio przesadzać w tej kwestii, gdyż jak wiemy "nie psuje się wszystkiego dla samej przyjemności psucia". Jeśli lubimy ryzyko, możemy kopać przedmioty będące w powszechnym użytku np. kosze na śmieci, meble, psa, kota (wróć! upewnij się, że nie ma w pobliżu twojego pupila, najlepiej zamknij go na ten czas w izolatce lub wypuść na spacer - przypomnij sobie potem, żeby biedactwo przywrócić do łask, zwłaszcza jeśli za oknem temperatura dochodzi do -30 stopni; jeśli masz problemy z pamięcią zostaw kartkę z przypomnieniem na lodówce lub weź Bilobil - przed użyciem skonsultuj się z lekarzem lub z farmaceutą!) , uwzględniając wcześniej wytrzymałość naszych stóp, w zależności od tego, co się na nich znajduje (o ile cokolwiek się znajduje). Prawdziwym ryzykantom polecamy walenie głową w ścianę. Jeśli nie posiadasz kawałka własnej ściany, wal głową w miejski mur.
Zauważyć należy, że faza III jest stanem kulminacyjnym, gdyż gradacja wszelkich odruchów osiąga w niej swój szczyt (porównaj z Trenami zacnego naszego poety Kochanowskiego).

FAZA IV - OTĘPIENIE
Ze skrajności, rozumianej jako faza III, popadamy w inną skrajność. Winniśmy się zatem uspokoić, dojść pozornie do siebie. W tym celu przydatna okaże się szklanka wody, a jeśli wolimy mocniejsze trunki - alkohol. Następnie przy pomocy dowolnie wybranej cieczy zalewamy przysłowiowego "robaka". Robaka o chitynowym pancerzyku jest zalać trudniej. Uważaj by przy tej okazji nie nie zalać również sąsiadów!

FAZA V - ZAŁAMANIE OSTATECZNE
Z pozornego dojścia do siebie zabieramy się do rzeczy doskonale wszystkim znanej, jak nie z własnych doświadczeń to przynajmniej z obserwacji, a mianowicie do płaczu. Płacz jest czynnością złożoną poprzez jego natężenie. Przybieramy dowolną pozycję, najwygodniejszą jest siedząca i tą się zajmiemy. Aby przybrać pozycję siedzącą należy usiąść na skraju fotela, kanapy, tapczanu, dmuchanego materaca, zwykłego krzesła, taboretu lub też składanego stołeczka wędkarskiego, ostatecznie z ich braku usiąść należy na podłodze. Na samym początku proponujemy intensywne marszczenie czoła i ściąganie brwi w dowolnych kierunkach. Następnie silnie zamykamy , "zapluszczamy" powieki robiąc zgorzkniały wyraz twarzy. Możemy ją ściągać niepowściągliwie (nie próbuj ściągnąć ostatecznie własnej twarzy, bo to zazwyczaj kończy się tragicznie). Przygryzamy wargi. Przywołujemy sobie w pamięci źródło naszego załamania i wszelkie zjawiska i skutki mu towarzyszące. Jeśli i to by nie wystarczało możemy przywołać w pamięci niemiłe wspomnienia z dzieciństwa np. śmierć ulubionego chomika. Przyśpieszamy oddech - oddechy winny być głośne, quasi-konwulsyjne. Zaczynamy się trząść lub doprowadzamy swoje ciało do drżenia . Jeśli uda nam się doprowadzić nasze oczy do zwilgotnienia (jeśli nam się nie uda, pomagamy sobie cebulą lub odpowiednimi środkami chemicznymi - przed użyciem skonsultuj się z lekarzem lub z farmaceutą!), stopniowo zwiększamy dawkę łez. Na samym początku spuszczamy po policzkach łzy w odstępach kilku minut, następnie zwiększamy czestotliwość doprowadzając się do delikatnego pochlipywania. Doprowadzamy stan skóry wokół oczu i powieki do zaczerwienienia (ten sam efekt możesz uzyskać przy pomocy makijażu polskim burakiem). Równolegle do częstotliwości spływania łez, do działania angażujemy nasz nos, a konkretnie stopniowe pojawienie się weń śluzów wszelkiego koloru, rodzaju i rozciągliwości. Podczas pochlipywania wydajemy z siebie dźwięk w rodzaju "buuuuu". Następnie przechodzimy do płaczu właściwego, wciągając jednocześnie, co jakiś czas, wydzielinę z nosa (uważaj żeby się nie udławić). Łzy winny płynąć w dowolnie obranym kierunku. Stopniowo zwiększamy natężenie i głośność oddechów symulując napady duszności. Przestajemy panować nad zaczerwienieniem twarzy, zostawiając jej w tym wolną rękę. Podczas płaczu dłonie powinny się otwierać i zamykać wpijająć się w fotel, kanapę, tapczan, dmuchany materac, zwykłe krzesło, taboret lub też składany stołeczek wędkarski, ostatecznie z ich braku w podłogę (nie porysuj parkietu) na wzór kota. Następnie jedną z dłoni umieszczamy na czole w charakterze jego podpory, po jakimś czasie dołączamy do niej drugą dłoń. Jeśli jesteśmy posiadaczami bujnej czupryny możemy pozwolić sobie na rwanie włosów z głowy (w przypadku rzadkich włosów terapia Vichy nie pomoże).
W etapie końcowym szlochamy bez opamiętania, zalewając twarz łzami i czym się da. W ostatecznym momencie zakrywamy dłońmi całą twarz, próbując zatamować wszystkie otwory w twarzy (inaczej dojdzie do odwodnienia organizmu). Jeśli jesteśmy kobietą (czasami i też mężczyzną(?)) doprowadzamy makijaż do skrajnego rozpłynięcia. Doprowadzamy się do skrajnej histerii, rzucamy się bezwładnie na
fotel, kanapę, tapczan, dmuchany materac, zwykłe krzesło, taboret lub też składany stołeczek wędkarski, ostatecznie z ich braku na podłogę (uważaj - bywa twarda lub śliska), wgryzamy się w pościel, tapicerkę, tekstylne lub skórzane obicia, dębowy parkiet (uważaj na uzębienie) . Drżymy, dygoczemy się, trzęsiemy się na całego, zanosimy się spazmami, dostajemy prawie zapaści. Zwijamy się w kulkę i w swojej naiwności, licząc na odpowiedź adresata, krzyczymy: "Gdzie jesteś mamo?!".
Na koniec pozwalamy sobie nie spać przez całą noc (jeśli masz z tym problemy uruchom WOWa i problem sam się rozwiąże), załamując ostatecznie ręce - tym samym pozwalając sobie na naszą dowolną inwencję twórczą i interpretację rąk łamania.


Życzymy powodzenia


Ps. Mogą wystąpić skutki uboczne o podłożu maniakalno-depresyjnym, za które nie ponosimy odpowiedzialności.


Tekst: Bastet

wtorek, 27 stycznia 2009

nietoperz

Ostatnio się troszkę cieplej zrobiło, więc mogłam sobie pozwolić na lżejszą bluzkę :) Tą już kiedyś pokazywałam na blogu (z czarnymi szarawarami). A tym razem zestawiłam ją z jeansami i turbanem.


spodnie: pull & bear
bluzka: butik (?)
Biżuteria: hand made by me :)

czwartek, 22 stycznia 2009

Znaki przeszłości

.




Znaki przeszłości


Rozkładam palce jak pogniecione skrzydła
udaję że to łatwe

twarz wystawiać na krople deszczu
chłonę go całymi garściami otwartych powiek


To nic że skulona w sobie jak umarły motyl

- zaklęta w zgubiony klucz do drzwi których nie było
nie umiem czytać znaków najprostszych

Ze schodów ślady skrzypiące odklejam i na nici pajęcze nawlekam
tylko słone krople rzeźbią linie na mapie dłoni

w znaki przeszłości


Wiersz: Bastet

Fot.: Bastet

sobota, 17 stycznia 2009

Turban i futerko? Czemu nie :)

Taki tam nieskomplikowany zestaw :) Polubiłam bardzo te spodnie, jak żadne inne jeansowe, bo mają taki fajny luźny krój :)


Kiedyś się już chwaliłam tą orzechową torebką (uwielbiam ją!!!), a dziś w pełnej odsłonie :)




spodnie: pull and bear
sierściuch: hand made by me :)
torebka z egzotycznego orzecha: allegro
komplet etnicznej biżuterii: hand made by me :)
czarno-biała bransoletka: sklep indyjski

czwartek, 8 stycznia 2009

skórzana spódnica

Jest tak pioruńsko zimno na dworze, że postanowiłam złamać "swetrową zasadę". Jak zauważyła nie jedna z szafiarek, płaszcze zimowe dostępne w tym sezonie w sklepach nie należą do najcieplejszych. No może znalazłoby się kilka naprawdę ciepłych, ale za to nie spełniały by innego ważnego kryterium: ciepły + ładny - czyli nie wyglądający jak pancernik, tudzież, co gorsze, pokrowiec na zwłoki (przepraszam za turpizm). Żeby nie zamarznąć - a zaiste prawdziwy zmarzluch ze mnie - pod swoim płaszczem noszę dodatkowo czarną kurtko-bluzę z kapturem (prezentowaną w jesiennych postach). Ale przy takiej temperaturze, jaka obecnie jest za oknem, okazuje się, że i to nie wystarcza :/ Pocieszam się faktem, że od weekendu ma być cieplej :). z powodu pewnego rodzaju "uroków" mojej skóry, pozbyłam się swetrów ze swojej szafy. Po za małym wyjątkiem - tego oto swetra, który jest śliczny i tak zgrabnie leży na sylwetce, że nie mogłam się z nim rozstać. Jestem w stanie przecierpieć skutki uboczne jego noszenia :) Pod spodem mam jeszcze koszulkę z długim rękawem, jako ochrona przed zagryzieniem ;)
A spódnica, to mój faworyt na takie mroźne dni - jest bardzo ciepła - założenie jej latem grozi katastrofalnym przegrzaniem (wypróbowałam na sobie). A cudo to, zostało znalezione u babci w szafie parę lat temu :) Spódnicę nosiła ciocia :)

bastetlady spódnica sweter
drewniana biżuteria bastetlady
buty lesta bastetlady
skórzana spódnica: po cioci
sweter: sh :)
pasek: sh
buty: lesta
bransoletki: sklep indyjski
kolczyki: h&m

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Krakowskie sukiennice

.




Fot.: Bastet

Zdjęcie zrobione przeze mnie zimą rok temu :)
Jak się dobrze przyjrzycie, to za kolumną zobaczycie krakowską kapelę w tradycyjnych krakowskich strojach :)