piątek, 30 grudnia 2011

Jeszcze w dwupaku :)

Odliczam na palcach dni do tego Wielkiego Dnia. Przeżyłam święta w jednym kawałku to i jeszcze wzniosę noworoczny toast. Nie macie pojęcia, ile lat czekałam na pretekst, żeby móc się wreszcie upić brzoskwiniowym Piccolo ;D!
Ostatnie tygodnie ciąży zdecydowanie do lekkich nie należą. Przewrócenie z boku na bok wymaga tyle wysiłku, że jest się o krok od desperackiego kroku sięgnięcia po telefon i wykręcenia numeru do chłopców z Greenpeace'u ;]. Doprawdy, poczułam ostatnio niezwykle empatyczną więź z tymi biednymi wielorybami wyrzuconymi na brzeg ;). A trzeba było posłuchać Halamy i nie jeść tyle tych ciastek ;P. Ehhh...
Mam małego cykora, bo porodówka w remoncie, a wolałabym nie rodzić w towarzystwie rusztowania i panów układających płytki ;). Jedyny plus, że przy odgłosie wiertarek łatwiej przyłączyć się do chóru ;P. Także, młody, siedź tam grzecznie i nie kombinuj jeszcze!
Fajnie, że tyle rzeczy pozmieniało się na plus w kwestii standardu opieki okołoporodowej. Jest szansa, że ten dzień będziemy mogli przeżyć wg własnego scenariusza (Plan Porodu napisany i zatwierdzony przez moją gin. :)). Trzymajcie kciuki :)!
Może się jutro jeszcze pokażę na blogu, o ile mi się w ogóle będzie chciało stroić do rosołu, tfuu! tj. kieliszka z musującym Piccolo ;).





maxi dress: Terranova
bluzka: lumpeks
kwiat: H&M
chusta, pierścionek: indyjski
kolczyki: allegro


Ogarnęła mnie ostatnio mania szycia. Poskromiłam niczym Mustanga bardzo przedpotopową maszynę marki Łucznik, bez instrukcji obsługi :D. Sasasa! Brakuje mi tylko tasiemki z pomponami i jednobarwnego materiału do zrealizowania mojego planu pod tajnym hasłem "wicie gniazda dla Gabrysia". Mam nadzieję, że zdążę jeszcze przed jego narodzinami :). A to taki mały przedsmak tego, co się zapowiada w tym temacie :).


Komoda na ciuszki przyjechała z Indonezji. Jest bardzo pojemna! Patchworkowa makatka zostanie ściągnięta ze ściany.
Szukałam białej tkaniny w niebieskie słonie, ale nawet ebay nie zaoferował zbyt dużego wyboru w tym temacie. W polskich stacjonarnych sklepach nie ma co się rozglądać za dziecięcymi tkaninami - królują w nich kiczowate różowe misie i bocianki :].
Przypadkiem natrafiłam na tkaninę z baśniowo-arabskim motywem. Obszyję nią fotel i uszyję z niej jaśki oraz zasłonkę na szczebelki łóżeczka. W planie mam jeszcze oprawienie w ramki kilku indyjskich ilustracji (jedna z nich w prawym górnym rogu).

czwartek, 22 grudnia 2011

Przedświąteczny kociokwik (nie)kontrolowany

Za dwa dni święta. W zasadzie mogłabym leżeć i pachnieć (z przyzwoleniem niebios i ziemi ;)), ale jakoś tak dziwnie przychodzić na gotowe. W moim rodzinnym domu każdy ma swoje przydzielone miejsce w kuchni. Babcia robi pierogi i uszka z grzybami (pomagam w lepieniu :)), dziadek smaży karpia, mama gotuje barszcz, zupę z suszonych owoców oraz inne wigilijne pyszności, ja od paru lat niezmiennie okupuję piekarnik i zajmuję się wypiekiem ciast wszelakich, siostry pomagają w ogarnięciu całej reszty. W końcu, gdzie kucharek pięć, tam jest co jeść ;).
Te święta będą pierwszymi, podczas których nie odwiedzę rodzinnych stron. Będzie mi brakowało przede wszystkim wspólnego kolędowania (to już taka nasza rodzinna tradycja). A trzeba Wam wiedzieć, że rodzinkę mam bardzo muzykalną :). To jest ten niezwykły czas, kiedy raz w roku wycieram gitarę z kurzu i odgrzebuję nuty kolęd. Jedna siostra gra na altówce, druga na flecie poprzecznym, najmłodszy brat przyłącza się do nas i nieśmiało wygrywa palcami akordy na pianinie. Płyta z kolędami Preisnera kręci się w odtwarzaczu. Daję wtedy solowy pokaz moich wokalnych umiejętności - hehe, taka "Szansa na Sukces" w wersji domowej ;). Odwiedzają nas znajomi (niekiedy dzierżąc pod pachą skrzypce bądź saksofon). Od kilku lat w naszym domu śpiewa sama Ewa Nawrot :). Pachnie choinką i drewnem w kominku. Jest cudnie! Mam nadzieję, że uda się chociaż pokolędować przez skype'a ;). A za rok? Kto wie, może i Gabryś przyłączy się do rodzinnego zespołu ;). Póki co codziennie ćwiczy przeponę za pomocą czkawki :).
Coraz trudniej trzymam się pionu. Jeszcze trochę, a będzie można mną kręcić jak blaszanym bączkiem ;). Przeglądając fotki do niniejszego wpisu, przypadkiem natrafiłam na swoje zdjęcie w bikini uczynione w któreś wakacje i mało harakiri nie popełniłam ;]. Przysięgam, jak już będzie po wszystkim, to powieszę je sobie na lodówce w formacie 50x70! A tymczasem jutro mam zamiar popaść w kulinarne szaleństwo i upiec kilka ciast. Jak się nie sturlam pod blat to może jeszcze pierogi zrobię. Po wigilii bez wątpienia będę wyglądała jak pączek bez rączek, ale co mi tam! Do Sylwestra i postanowień noworocznych jeszcze daleko ;P.





koci t-shirt: H&M
kocia bluza: lumpeks
szarawary: indyjski
kolczyki: Bershka

środa, 14 grudnia 2011

Mała rzecz, a cieszy ;)

Już myślałam, że będę do stycznia leżeć z nogami podwieszonymi do sufitu (już po 2 tygodniach miałam serdecznie dosyć), ale okazało się, że jednak nie jest tak źle z nami :). W sumie polubiłam tę liczbę podwójną. Od dłuższego czasu toczymy i turlamy się przez życie razem :). Nie ma to jak być w dwupaku! Nikt mi nie wypomina podwójnej porcji obiadu czy kanapek (2 dla mnie i 2 dla Gabrysia). Żeby nie było - słodyczów, łakociów i innych słodkościów nie jem ;). Nawet nie dlatego, że nie mam na nie ochoty, ale zwyczajnie nie mogę i odzwyczaiłam się :). Ubolewam często nad bardzo mizerną ofertą białych czekolad (biała, biała, biała, (....), biała dmuchana, biała z kokosem i na tym się w zasadzie wybór kończy). Zresztą od czekolady i tak wolę jogurty i owoce (tu też wybór mocno okrojony).
O tych mniej przyjemnych aspektach podwójnego bycia/życia pisać nie muszę. Tyję ostatnio od patrzenia w sufit i głaskania kota. Mówi się, że nieużywane organy zanikają, ale u ciężarnych to porzekadło działa niestety w odwrotną stronę ;]. Osiągnęłam już rozmiary gigantycznej Grubzilli (Godzilla może się schować!). Powiedzenie, że ma się tyłek jak szafa trzydrzwiowa z przedziałkiem na fortepian, traktowałam zawsze w kategoriach absurdalnego żartu, ale okazuje się, że nie ma rzeczy niemożliwych :]. No może nie od razu cały fortepian, ale taki kieszonkowy na pewno się zmieści ;). Wyciągnęłam ostatnio z szafy koszulkę w rozmiarze XS - tak dla śmiechu ;). Byłam pewna, że prędzej sobie kończyny górne połamię niż ją przełożę przez głowę chociaż, a tu proszę! Udało mi się moje ramiona a la Pudzian w nie zmieścić i całe Gabrysiowe M1 (do potęgi n-tej) i szwy nie puściły ;D! No cud normalnie!!! Taka mała rzecz, a cieszy jak nigdy :D!




koszulka: Reserved
kolczyki: Zara
alladyny, chusta, pierścionek: indyjski



poniedziałek, 12 grudnia 2011

Święta tuż tuż. Tym razem o pomyśle na prezent dla kobiet.


Kilka dni temu otrzymałam w prezencie Kartę Rabatową B&H.
Najpierw przyglądałam jej się z lekkim niedowierzaniem. Przyznaję się bez bicia, że gabinety kosmetyczne omijałam zawsze szerokim łukiem, ale... nigdy nie mów nigdy ;). Do fryzjera jednak bardzo chętnie się wybiorę po narodzinach dziecięcia, coby wreszcie poeksperymentować z włosami swoimi (trwała?).
Taka karta to w sumie bardzo fajny pomysł na prezent świąteczny, tym bardziej, że pozostawia spory wybór obdarowanemu na co ją wykorzysta. Największą jej zaletą jest to, że uprawnia do wielokrotnych zniżek (od 15 do 83%) przez cały czas trwania jej ważności, czyli przez rok. Ponadto można się nią dzielić (podarować bądź pożyczyć) z koleżanką, siostrą czy mamą, gdyż jest na okaziciela :).
Kartą Rabatową B&H można też płacić (wystarczy ją doładować wybraną kwotą). Ma swój indywidualny rachunek bankowy prowadzony przez BZWBK, którego obsługa nic nie kosztuje. Rachunek ten przypisany jest do karty, nie do osoby.
Wszystkie firmy, które udzielają zniżek, można sobie przejrzeć tutaj. Łatwo zawęzić poszukiwania do wybranego przez siebie miasta bądź usługi - wystarczy skorzystać z wyszukiwarki zamieszczonej na stronie. Wybór ofert jest dość bogaty: gabinety kosmetyczne, spa, salony fryzjerskie, fitness, siłownie, sklepy (głównie z bielizną), szkoły językowe oraz restauracje i kawiarnie.

Małopolska cieszy się chyba największą ilością współpracujących firm.

Przyznam, że jest to jeden z oryginalniejszych prezentów, jakie kiedykolwiek dostałam. Na pewno się nie zmarnuje. Będę miała pretekst ku temu, by zadbać trochę bardziej o urodę i to nie tylko moją :).

czwartek, 8 grudnia 2011

Święta tuż tuż. O prezentach dla mężczyzn.

Święta zbliżają się nieuchronnie. Na próżno rozglądać się za śniegiem za oknami, ale za prezentami pod choinkę można jak najbardziej. Jako, że najbliższy miesiąc spędzę w pozycji horyzontalnej pozostają mi jedynie wycieczki do sklepów internetowych. O plusach takich zakupów nie muszę pisać - nie trzeba się ruszać z domu, tłuc się przetłoczonymi autobusami/tramwajami, zabijać się o dany produkt z innymi klientami, ani tym bardziej nerwowo odliczać czasu na zegarku w trakcie stania w tasiemcowej kolejce do kasy. Przeglądam różne strony internetowe w poszukiwaniu odpowiednich podarunków dla swojej rodziny. Siostrze czy mamie łatwo coś wybrać (wiadomo), ale bratu, mężowi czy tacie trochę gorzej ;). Naprzeciw tym problematycznym wyborom wychodzi jedna z najbardziej znanych i cenionych za wysoką jakość produktów polskich marek - Vistula, proponując zestawy świąteczne Gift For Men. Każdy taki zestaw możemy samodzielnie skomponować. Dodatkowo przy zakupie minimum trzech produktów otrzymamy rabat na całość w wysokości 30% (rabat nie obejmuje garniturów oraz towarów przecenionych). Zakupów tych możemy dokonać w sklepie internetowym www.sklep.vistula.pl. Na tych, którzy dysponują czasem i wolą kupować w centrach handlowych, w salonach marki Vistula czekają profesjonalni Doradcy Klienta. Zestaw pakowany jest w eleganckie czarne pudełko prezentowe z logotypem Vistula.
Więcej informacji na temat świątecznej promocji Vistuli znajdziecie TUTAJ

niedziela, 4 grudnia 2011

Moja kuchnia w stylu orientalnym

Swoją kuchnię (a właściwie jej część jadalnianą) pokazywałam już jakiś czas temu w szafiarskiej akcji mieszkaniowej. Od dawna planowałam coś w niej pozmieniać, by stała się bardziej ciepła i przytulna. Bardzo brakowało mi w niej zdecydowanych barw. Ostatnio zapanowała moda na styl skandynawski, a mnie jakoś odrzuca od białych, zimnych i sterylnych ścian. Marzyły mi się odcienie przywodzące na myśl marokańskie klimaty - ciepłe czerwienie i pomarańcze, jak te ze zdjęć poniżej:

Jakiś czas temu przyszedł mi do głowy szalony pomysł pomalowania ścian na złoto. Zrobiłam rekonesans w okolicznym Leroy Merlin. Do kasy leciałam jak na skrzydłach, dzierżąc w dłoni werniks w odcieniu starego złota oraz zwykłą gąbkę z dziurami. Wiem, że trudno sobie wyobrazić w tej roli ciężarną prawie na finiszu, ale musicie mi wierzyć na słowo ;). Zauważyłam już dość dawno temu, że mogłabym spędzać w sklepach z artykułami wykańczania wnętrz znacznie więcej czasu niż w swoim ulubionym lumpeksie. Rajcuje mnie nawet dział z gwoździami ;). Niby o mężczyznach mówi się per "złota rączka", ale mojemu mężowi strach dać do ręki gwoździa i młotek, a co dopiero pędzel ;). Innymi słowy - sierot z niego totalny, jeśli idzie o prace domowe. Mnie ten fakt nawet cieszy, bo w mieszkaniu wolę wszystko sama zrobić, zwłaszcza że jest to dla mnie pole do artystycznego wyżycia się. Nie jestem łatwym współpracownikiem remontowym (o czym przekonał się niestety mój teść). Cierpię dotkliwie na syndrom detektywa Monka - wszystko musi być od linijki, symetrycznie, żadnych niedociągnięć, krzywizn i pójścia na łatwiznę. Bez ogródek wytykam błędy palcem: "tu nierówno", "tam poprawić", "tu źle" ;]. No cóż, ma się ten sokoli wzrok :).
Wracając do złotej farbki - chciałam uzyskać efekt przetarć. Nanosiłam więc werniks na ścianę gąbką "paćkami" i lekko je rozcierałam. Okazało się, że 0,25 l to trochę mało jak na ścianę o powierzchni 7m2, a budżet miałam dość ograniczony. Przypomniało mi się, że zostało mi jeszcze trochę śliwki węgierki po malowaniu sypialni. Połączenie fioletu i złota wydało mi się bardzo atrakcyjne, zwłaszcza, gdy w jednej z wnętrzarskich gazet zobaczyłam poniższe zdjęcie., toteż bez chwili namysłu wcieliłam swój pomysł w czyn.

Ściana z oknem w mojej kuchni od samego początku miała być w odcieniach mocnej czerwieni. Farbę kupiłam w Obi (z mieszalnika). Reszta inwestycji w projekt remontowy ograniczyła się jedynie do zakupu kilku kolorowych ramek na zdjęcia. Jako, że nastąpiły zmiany w naszej sypialni, kanapa z salonu powędrowała do jadalni. Zdecydowanie to przemeblowanie wyszło na plus dla kuchni :). Efekt końcowy bardzo mnie zadowolił. Mogłabym teraz spędzać w niej cały dzień, popijając zieloną herbatę z kardamonem albo sącząc mate :). Irytują mnie jedynie osłonki na doniczki - każda z innej parafii :/. Jak tylko znajdę odpowiednie, to od razu je wymienię. Pewnie na ścianie z drzwiami naprzeciw okna, również w odcieniu mocnej czerwieni (której akurat nie uwieczniłam na zdjęciach), pojawi się jakiś ornament, ale wszystko w swoim czasie.

Cała sztuka w tym, by w urządzaniu mieszkania w danym stylu nie popaść w przesadę. Lepiej nie traktować danych inspiracji zbyt dosłownie, bo łatwo wtedy osiągnąć efekt kiczu. Styl indyjski czy marokański to przede wszystkim nasycone barwy i charakterystyczne wzory. Czasem wystarczy zainwestować w ciekawą kapę na łóżko i kolorowe poduchy, żeby nadać wnętrzu zupełnie nowe oblicze. Kilka na pozór niewidocznych dodatków nada mu dodatkowego uroku.
Nie zwykłam kupować wszystkiego od razu. Raczej powoli gromadzę drobne detale, gdy coś wpadnie mi w oko (w okazyjnej cenie). Salon w stylu afrykańskim dopiero od niedawna wygląda na projekt w fazie ukończenia :).

Poniżej mój przepis na urządzenie kuchni w stylu orientalnym (z ukłonem w kierunku Maroka) przy minimalnym nakładzie finansowym :).


metaliczny werniks w odcieniu starego złota - 22,50 zł(0,25 l)
czerwona farba z mieszalnika - 22 zł (0,75 l)



Biały zegar z Ikea przemalowałam złotą farbką (do ornamentów)



obrus - lumpeks (3zł)
fioletowe podkładki - Home&You (ok. 4 zł za sztukę)





narzuta - indyjski
patchworkowe poszewki - Shiva (12 zł za sztukę)


kolorowe ramki kupiłam w Leroy Merlin (9x13 - 3,90 zł)
drewniana patera - Orient Express ( 26zł)
zdjęcia - wycięte z gazet ;)
drewniana indyjska ramka (wisiała wcześniej na ścianie z drzwiami) - Orient Express (% 12 zł)



zasłonka - indyjskie sari pocięte na 3 części (lumpeks - 10zł)


słoń - Orient Express (% 10zł)


piątek, 2 grudnia 2011

Nowe szaty Gejszy

Nie mam pojęcia skąd pochodzi ta makatka. Bez wątpienia w całości wykonano ją ręcznie. Przez lata poniewierała się w moim rodzinnym domu. Zapomniana przez wszystkich została nieomal pożarta przez kurz. Postanowiłam ją uprowadzić do Krakowa i wskrzesić z martwych :).
Jak to się mówi - w przyrodzie nic nie ginie. Nigdy nie wyrzucam ścinek, które zostają mi po przerabianiu (najczęściej odchudzaniu) moich lumpeksowych kiecek. Stworzenie nowej kreacji dla Gejszy nie kosztowało mnie więc ani grosza :). Poświęciłam jej kilka godzin mojego czasu. Efekt końcowy bardzo mnie zadowolił. Obecnie Gejsza zdobi ściany mojej odświeżonej kuchni, do której zaproszę Was w kolejnym poście :).

Gejsza przed metamorfozą:



Po metamorfozie (pamiętacie tę spódnicę :D?):


piątek, 25 listopada 2011

Co ma pirania do łuski naboju karabinowego?

Jakaś nietomna jestem ostatnio. Wiem, że obiecywałam, że będę się tu częściej pojawiać, a tymczasem, choć czasu mam sporo, ogarnął mnie niechciej totalny. Pochłaniają mnie ostatnio sprawy bardzo przyziemne - np. ceny pieluch ;). Mam też nowe hobby - prasowanie ciuszków dziecięcych :D.
Indyjska sypialnia, do której kiedyś Was zaprosiłam, przechodzi metamorfozę. Postanowiliśmy ją z mężem w całości oddać naszemu dziecięciu. Czekam z niecierpliwością na pojawienie się w niej komody (w wersji białej). Zapewne pochwalę się kiedyś końcowym efektem urządzania tej przestrzeni :).
Odliczam tygodnie do rozwiązania. Za moment za liczydło służyć mi będą palce jednej ręki (:x). Trochę się boję jak to będzie, ale mam za sobą kilka sezonów "Ciąży z zaskoczenia" i "Porodówkę", więc uznajmy, że szkoła rodzenia zaliczona ;). Mam nadzieję, że święta i sylwestra spędzę jeszcze w dwupaku. A potem... niech się dzieje wola nieba :).
A wracając do tytułu posta, parę tygodni temu jeden z portali ciążowych poinformował mnie, że moje dziecię mierzy tyle, co pirania :]. Po zapoznaniu się z tą informacją niechcący dopuściłam się jej wizualizacji (O_o). Równie trafne porównanie portal zaserwował mi w 15 tygodniu ciąży, kiedy to płód osiąga miarę... długości łuski naboju karabinowego (sic!). Ja nie wiem kogo oni tam zatrudniają. Śmiem przypuszczać, że wędkarzy i strzelców wyborowych ;]. Zdecydowanie bardziej wolę sobie wyobrażać bezzębne warzywa i owoce ;).

Poniżej podredkowe afro (coraz bardziej korci mnie, żeby sobie coś takiego uczynić na głowie w wersji bardziej permanentnej). Wytrzymałam w swoich włosach całe dwa dni (jeszcze jeden, a wytłukłabym w mieszkaniu wszystkie lustra ;P).


maxi dress: lumpeks
chusta: indyjski
kolczyki: allegro

sobota, 19 listopada 2011

Hipopotam i chomik w jednym ;)

Coś kiepsko z moją pamięcią ostatnio. Właśnie sobie przypomniałam, że mam jakiegoś bloga ;).
Moje poczucie atrakcyjności niestety drastycznie spadło w trzecim trymestrze. Poruszam się z gracją zawodnika sumo, a przy zakładaniu skarpetek czy butów wydaje się z siebie takie odgłosy, o które wcześniej nawet bym siebie nie podejrzewała. Nie oszukujmy się, ale widok mojej facjaty w lustrze, który oglądam ostatnimi dniami, też nie napawa optymizmem. A wyglądam jak chomik, który poczynił już znaczne zapasy na zimę :]. Gdzie są moje kości policzkowe?! Szyjo, wróć! Ach! Och! Szloch! Chyba pora nauczyć się obsługi fotoszopa ;).
Myślałam, że kobietom w ciąży zaczyna doskwierać rozmiękczenie kory mózgowej pod wpływem jakichś tam hormonów, ale nic bardziej mylnego! Do skrajnej irytacji doprowadzają mnie reakcje niektórych pań-cioć, które na mój widok reagują (wyjątkowo dyskretnie ;]): "Oj! Tititi! Jakie pucie!" i wyciągają w moim kierunku swoje nadobne dłonie, żeby namacalnie ocenić pucowatość owych puciów ;]. Jezus Maria! Ręce precz! Wiem, że wyglądam jak hipopotam w porze deszczowej, ale póki co, nie dostałam jeszcze propozycji pracy od instytucji ZOO w wiadomym charakterze (nie mylić z Z O.O. ;)). Dzięki Bogu nie mam wagi w mieszkaniu i żyję sobie w błogiej nieświadomości. Do czasu kontrolnej wizyty u gin - rzecz jasna, a wtedy, no cóż... " - O! Jacież pierdzielę! Niemożliwe! Ach! To wina moich włosów! Ważą przecież dobre 5 kilo!" I po tymże odkrywczym stwierdzeniu humor wraca mi z prędkością fali dźwiękowej :).
Przeponę mam tak ściśniętą, że pewnie znajduje się obecnie gdzieś tam między łopatkami ;), co skutkuje tym, że średnio co drugi dzień dostaję pijackiej czkawki po herbacie :]. Nie powiem - fascynujące doświadczenie! Może skończę na tym. Co się będę przyczyniać do niżu demograficznego ;).
Ale są rzeczy, które rekompensują te wszystkie niedogodności. Ruchy mojego dziecięcia w brzuchu (czy też w bęcurze - jak to określa Mysz ;)) - coś niesamowitego! To nic, że dostaję coraz częściej po nerach czy pęcherzu ;). Trudno na tym etapie oczekiwać od młodego zdolności motorycznych na wysokim poziomie ;). Jak się już poznamy w realu popracujemy nad ich gracją ;P. Mysz też ma "radochę". Ilekroć widzi mnie taką "uwypukloną" przez czyjeś łokcie i kolana raczy mnie opowieściami z gatunku "Obcy atakują!" etc. Ach, to męskie poczucie humoru ;].




maxi dress: allegro
bolerko: Bershka
bransoleta, pierścionek: Oh! Calcutta!
kolczyki: sklep w Wieluniu (takam roztargniona ostatnio, że wychodząc w nich z domu wróciłam tylko z jednym :,(. Jakby ktoś znalazł albo widział w sklepie podobne proszę o cynk :)).
chusta: indyjski


środa, 9 listopada 2011

Wszystkie drogi prowadzą do...

Dzisiaj dla odmiany nie panterkowe, ale lamparcie cętki. Swoją drogą, nie wiem jak mogłam zapomnieć o tej koszulce. Robię teraz średnio co miesiąc przegląd swojej garderoby, bo ilość ciuchów, w które się jeszcze mieszczę powoli się kurczy ;). Jak to Mysz stwierdził, obecnie łatwiej mnie przeskoczyć niż obejść ;]. Przy okazji wygrzebuję z dna szafy zapomniane skarby. Uczucie po znalezieniu takiegoż podobne jest do tego, które udziela się w chwili przypadkowego spotkania z dawno niewidzianym znajomym: "- Kopę lat, stary!" :D.
Podobno ciąża odbiera kobiecie mózg. Szczerze, nie wiem o co chodzi, choć zdarza mi się robić dziwne rzeczy w chwili roztargnienia (np. pomylić piętra i dziwić się, że klucz nie wchodzi do zamka). Wczoraj próbowałam włożyć wysuszone talerze do... no właśnie, w tym akurat przypadku nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że wszystkie drogi prowadzą do lodówki ;). Marzenia w ciąży ulegają specyficznej weryfikacji. Numerem jeden na mojej liście jest szarlotka. Byle do jutra, kiedy to własnoręcznie ją upichcę i moja zachciewajka zostanie zaspokojona :)).





top, buty: lumpeks
bolerko: Bershka
alladyny: indyjski
kolczyki: Shiva
bransoletki: indyjski, Pull&Bear

czwartek, 3 listopada 2011

Telenowele ;)

W naszej klatce na parterze mieszka Starsza Pani, która z wyglądu całkiem przypomina babcię Alicji z Doliny Muminków (tyle że włosy siwe i w koczek upięte), a z charakteru, no cóż... blisko jej do pani Szczepańskiej - jednej z bohaterek książki M. Musierowicz "Kwiat kalafiora". Pani Starsza na oko zdrowo po 7o-tce, ale kondycji mógłby jej pozazdrościć niejeden maratończyk ;). Jej mieszkanie ma wyjątkowo dobrą lokalizację, gdyż jego okna mieszczą się po stronie wejścia do klatki schodowej. W związku z czym nic nie ujdzie jej uwadze. Moja teściowa nie może spokojnie posiedzieć na ławce przed blokiem, gdy czeka na mnie, bo zaraz zjawia się Pani Starsza z zapytaniem: "- A na kogo Pani czeka? A do kogo to?" Przy windzie zresztą też za długo stać nie można, bo zaraz zza drzwi wychyla się Pani Starsza ze słowami: "- A myślałam, że do mnie kto, bo tak długo stoicie". Ostatnio przyjechał do mnie tata z wałówką od mamy. Nieszczęśliwie zaparkował samochód w zasięgu okien "Wielkiej Siostry". Nastąpiło charakterystyczne poruszenie firanek. Targamy z mężem i moim tatą (ja raczej w roli odźwiernej ;)) pudła z prowiantem. Czekamy niecierpliwie na windę, ładujemy się do niej, ale, rzecz jasna, zaraz za nami pcha swój wścibski nos do windy Pani Starsza: "- O! A to ja myślała, że do mnie co niesiecie". Na jej twarzy pojawia się dziwna zmarszczka, do której powstania przyczynił się zapewne rozczarowujący widok ziemniaków w pudełku :]. Kilka dni temu mój mąż wraca z pracy. Na parterze zaczepia go Starsza Pani: "- Nie wie Pan co się stało?" Mój mąż odpowiada wymijająco: "- No nie wiem". Pani Starsza: "- A bo karetka przyjechała! Ja się muszę koniecznie dowiedzieć do kogo to!" - i leci schodami na piętro.
Oczywiście można sobie pomyśleć, że Pani Starsza jest wyjątkowo samotną kobietą, ale nic bardziej mylnego. Wiedzie bogate życie towarzyskie, przesiadując całe dnie na ławce przed blokiem i plotkując z innymi lokatorami. Potem się człowiek dowiaduje ciekawych rzeczy o sobie (np. że jest Talibem i buddystą i lepiej nie zaczepiać, bo jeszcze bombę pod drzwiami zostawi ;]). O innych mieszkańcach również można interesujące rzeczy usłyszeć: "- A wie Pani, bo ten spod 7 to podobno..."
Człowiek sobie myśli, że żyje w wolnym kraju, a tu trafia się taka babcia-inwigilatorka i nie znasz dnia ani godziny, kiedy ujrzysz ją ze szklanką przyłożoną do drzwi ;).
Taka mnie jakaś smutna refleksja naszła, że niektórym ludziom to chyba nie wystarczają telewizyjne telenowele. A myślałam, że ilość perypetii w "Modzie na sukces" jest w stanie sprostać nawet najbardziej wymagającym telewidzom ;). Muszą sobie tacy pisać własne scenariusze i kręcić telenowele blokowe czy inne (wedle potrzeb). Cóż, można im zazdrościć bujnej wyobraźni, ale i współczuć zarazem (że sami wiodą dość nudne życie?). Fajnie jest mieć sąsiadów, ale dużo bardziej takich, co to wałek do ciasta pożyczą, mąkę czy jajko i zaproszą na herbatę czasem. Z takimi jak Pani Starsza nie wiadomo co robić - rozmawiać z nimi czy unikać. A bo to wiadomo, czy jak się jej nic nie odpowie, to jeszcze więcej dodada od siebie do tego swojego scenariusza i naszej roli w nim ;)?




maxi dress: H&M (od Baglady)
bluzka: H&M
kolczyki: Pimkie
bransoleta: Orient Express
chusta na turban: lumpeks

poniedziałek, 31 października 2011

Panterka z zielonym akcentem

Czym bliżej końca, tym coraz bardziej lubię się ubierać po prostu wygodnie. Odkąd przybyło mi "kilka" centymetrów w talii, alladynki stały się najczęściej noszoną przeze mnie częścią garderoby. Obyłam się jakoś bez spodni z elastycznym pasem, tak bardzo zachwalanych przez wszystkie ciężarówki :). W ogóle bez wielu, ponoć niezbędnych rzeczy w ciąży, potrafiłam się obyć :).
Rzadko zdarza mi się zakładać te same zestawy. Zawartość mojej szafy pozwala mi wykorzystywać dany ciuch na dziesiątki sposobów. Wystarczy inna koszulka lub chusta, a całość prezentuje się całkiem inaczej. Nawet jeśli ilość kombinacji jest ograniczona, daną stylizację mogę każdorazowo odmieniać za pomocą biżuterii :). Poniższy zestaw w wersji podstawowej noszę ostatnio bardzo często, ale lubię do niego dodawać jakieś kolorystyczne akcenty. Dzisiaj padło na zieleń. Narzutka pierwotnie była kopertową bluzką, ale postanowiłam rozłożyć ją na części pierwsze. Rozprułam boki i pozbyłam się sznurków do wiązania. W tej wersji jest dużo bardziej praktyczna :). Wystarczy jeszcze kilka zielonych dodatków (pierścionek, kolczyki) i stary-nowy zestaw gotowy!
Powoli przymierzam się do gromadzenia wyprawki szpitalnej. Przeraża mnie ilość brakujących produktów na mojej liście :/. Ale nie będę musiała się za to głowić nad swoim zestawem na wypis. Równie dobrze mogę wrócić ubrana tak samo, co w dniu porodu, choćby mi w ciągu tych kilku dni waga spadła nawet o 10 kg (pobożne życzenie) ;).




narzutka, buty: lumpeks
alladynki (pokazywałam je kiedyś TUTAJ): indyjski
pierścionek: Oh! Calcutta!
bluzka: H&M
piórka: www.brili.pl

wtorek, 25 października 2011

Dziwne sny

W wszelkich ciążowych książkach i na różnych portalach donoszą, że sny u kobiet w ciąży bywają wyjątkowo wyraziste i zdumiewające. Nie żebym jakiś sennik kiedykolwiek prowadziła czy coś ;). Niemniej jednak ostatnimi czasy nierzadko pierwszą rzeczą, którą czynię po przebudzeniu jest plasknięcie się w czoło ("O, Hesus! Co za idiotyzmy mi się uroiły!") albo zanoszenie się spazmatycznym śmiechem. Śnił mi się oto niedawno wyjątkowo dziwny sen. Znajdowałam się w swojej dawnej szkole podstawowej. Co więcej, siedziałam w szkolnej ławce razem z innymi uczniami. Różniłam się od nich zdecydowanie swoim wzrostem i wiedzą, którą zresztą manifestowałam bez przerwy wyrywając się do odpowiedzi. W pewnym momencie odczułam potrzebę skorzystania z toalety. Za zgodą nauczyciela opuściłam klasę. Wchodzę do łazienki znajdującej się zaraz naprzeciwko sali lekcyjnej i moim oczom ukazuje się wyjątkowo dziwny obrazek. Jak to w szkolnych łazienkach bywa pod ścianą luster znajdowały się umywalki (7 sztuk?). Z każdego kranu kapała woda, a na brzegu każdej umywalki siedział czarny kot (zupełnie podobny do mojej Magi), który zlizywał z kranu te kapiące krople. I tak sobie stałam jak ta ostatnia sierota ze wzrokiem wlepionym w te koty, które w pełnej synchronizacji wystawiały pyszczki z języczkami w stronę wody i kompletnie nie wiedziałam co począć, gdyż w ogóle nie przejęły się moją obecnością. No niech mi ktoś powie, czy taki sen nie jest totalnie "od czapy"? Order z ziemniaka temu, który potrafiłby go odszyfrować! Podejrzewam, że Freud i Jung razem wzięci mieliby z tym problem ;].

A tak zmieniając temat, znowu eksperymentuję z kolorami. Niedawno w mojej szafie pojawiła się koszulka w odcieniu kobaltowym. Bynajmniej nie dlatego, że odczułam jakąkolwiek potrzebę podążania za modą. Trendy to ja mam zresztą w głębokim poważaniu ;]. Zwyczajnie mi się uroiło, że będzie mi twarzowo w tym odcieniu i chyba nie minęłam się bardzo z prawdą. Poniższy zestaw eksploatowałam bardzo często w sezonie letnim z różnym zestawem biżuterii. Dzisiaj w połączeniu z kolczykami z kobaltowymi oczkami.
Porażona nagłym spadkiem temperatury za oknem postanowiłam udać się na ciuchowe polowanie. Poszukiwaną ofiarą był oczywiście płaszcz jesienno-zimowo-ciążowy. Przemierzyłam pół Krakowa węsząc jego śladów. Płaszczy zatrzęsienie, ale żebym się chociaż w jednym zapiąć mogła! To znaczy na upartego mogłam się wbić w nie jeden, przy czym linia ramion kończyłaby mi się raczej na poziomie łokci aniżeli ramion ;]. Nie trudna to rzecz żeby się wystylizować na stracha na wróble. Ale nie o to przecież chodzi. Tropiłam więc dalej, nie pozbawiona ostatnich resztek nadziei. Ten upragniony znalazłam w takim grzebaku, do którego wcześniej bym nawet nosa nie wściubiła (ciuchy w boksach). Od razu rzucił mi się w oczy. Zwyczajnie czekał na swojego drapieżnego oprawce w mojej postaci. 12 złotych za taką porcję mięsa bardzo mnie ukontentowało. Przez 2 godziny zabawiałam się w domu w kosmetyczkę, starannie depilując go maszynką. Co za odprężające zajęcie! O Bogowie! Polecam przed sesją egzaminacyjną! Płaszcz zszedł z fotela wyjątkowo zrelaksowany i odmłodzony o lat 10 :). Podobno "winter is coming". A niech sobie nadchodzi skąd chce. Jakby mnie nawet trochę zmroziło, to się omotam ponczem na dokładkę :). Na chwilę obecną mam jeszcze kilka centymetrów luzu w newralgicznym miejscu, a potem będziemy przesuwać guziki. Innymi słowy: damy radę!





Marny fotograf z mojego męża. Z 10 zdjęć nadało się do czegokolwiek tylko jedno :/. No cóż, Pan Statyw daje sobie radę dużo lepiej :).

płaszcz, szal, pasek: Lumpeks
maxi dress: H&M (od Rurzowej)
narzutka: Stradivarius
kobaltowa koszulka: Zara (mój 2 ciuch kupiony w tym sklepie; ano dają Bon, to trzeba wykorzystać ;D)
kolczyki: Sklep w Wieluniu

Za namową jednej z czytelniczek mojego bloga postanowiłam wziąć udział w akcji Mama Glamour. Mini wywiad ze mną można przeczytać na tej stronie: www.mamaglamour2011.blogspot.com . W sumie bardzo fajna akcja. Każda przyszła mama zdradza swoje patenty na przetrwanie tego niezwykłego i zarazem niewątpliwie kłopotliwego pod względem garderoby okresu. Zachęcam do lektury :).