poniedziałek, 31 października 2011

Panterka z zielonym akcentem

Czym bliżej końca, tym coraz bardziej lubię się ubierać po prostu wygodnie. Odkąd przybyło mi "kilka" centymetrów w talii, alladynki stały się najczęściej noszoną przeze mnie częścią garderoby. Obyłam się jakoś bez spodni z elastycznym pasem, tak bardzo zachwalanych przez wszystkie ciężarówki :). W ogóle bez wielu, ponoć niezbędnych rzeczy w ciąży, potrafiłam się obyć :).
Rzadko zdarza mi się zakładać te same zestawy. Zawartość mojej szafy pozwala mi wykorzystywać dany ciuch na dziesiątki sposobów. Wystarczy inna koszulka lub chusta, a całość prezentuje się całkiem inaczej. Nawet jeśli ilość kombinacji jest ograniczona, daną stylizację mogę każdorazowo odmieniać za pomocą biżuterii :). Poniższy zestaw w wersji podstawowej noszę ostatnio bardzo często, ale lubię do niego dodawać jakieś kolorystyczne akcenty. Dzisiaj padło na zieleń. Narzutka pierwotnie była kopertową bluzką, ale postanowiłam rozłożyć ją na części pierwsze. Rozprułam boki i pozbyłam się sznurków do wiązania. W tej wersji jest dużo bardziej praktyczna :). Wystarczy jeszcze kilka zielonych dodatków (pierścionek, kolczyki) i stary-nowy zestaw gotowy!
Powoli przymierzam się do gromadzenia wyprawki szpitalnej. Przeraża mnie ilość brakujących produktów na mojej liście :/. Ale nie będę musiała się za to głowić nad swoim zestawem na wypis. Równie dobrze mogę wrócić ubrana tak samo, co w dniu porodu, choćby mi w ciągu tych kilku dni waga spadła nawet o 10 kg (pobożne życzenie) ;).




narzutka, buty: lumpeks
alladynki (pokazywałam je kiedyś TUTAJ): indyjski
pierścionek: Oh! Calcutta!
bluzka: H&M
piórka: www.brili.pl

wtorek, 25 października 2011

Dziwne sny

W wszelkich ciążowych książkach i na różnych portalach donoszą, że sny u kobiet w ciąży bywają wyjątkowo wyraziste i zdumiewające. Nie żebym jakiś sennik kiedykolwiek prowadziła czy coś ;). Niemniej jednak ostatnimi czasy nierzadko pierwszą rzeczą, którą czynię po przebudzeniu jest plasknięcie się w czoło ("O, Hesus! Co za idiotyzmy mi się uroiły!") albo zanoszenie się spazmatycznym śmiechem. Śnił mi się oto niedawno wyjątkowo dziwny sen. Znajdowałam się w swojej dawnej szkole podstawowej. Co więcej, siedziałam w szkolnej ławce razem z innymi uczniami. Różniłam się od nich zdecydowanie swoim wzrostem i wiedzą, którą zresztą manifestowałam bez przerwy wyrywając się do odpowiedzi. W pewnym momencie odczułam potrzebę skorzystania z toalety. Za zgodą nauczyciela opuściłam klasę. Wchodzę do łazienki znajdującej się zaraz naprzeciwko sali lekcyjnej i moim oczom ukazuje się wyjątkowo dziwny obrazek. Jak to w szkolnych łazienkach bywa pod ścianą luster znajdowały się umywalki (7 sztuk?). Z każdego kranu kapała woda, a na brzegu każdej umywalki siedział czarny kot (zupełnie podobny do mojej Magi), który zlizywał z kranu te kapiące krople. I tak sobie stałam jak ta ostatnia sierota ze wzrokiem wlepionym w te koty, które w pełnej synchronizacji wystawiały pyszczki z języczkami w stronę wody i kompletnie nie wiedziałam co począć, gdyż w ogóle nie przejęły się moją obecnością. No niech mi ktoś powie, czy taki sen nie jest totalnie "od czapy"? Order z ziemniaka temu, który potrafiłby go odszyfrować! Podejrzewam, że Freud i Jung razem wzięci mieliby z tym problem ;].

A tak zmieniając temat, znowu eksperymentuję z kolorami. Niedawno w mojej szafie pojawiła się koszulka w odcieniu kobaltowym. Bynajmniej nie dlatego, że odczułam jakąkolwiek potrzebę podążania za modą. Trendy to ja mam zresztą w głębokim poważaniu ;]. Zwyczajnie mi się uroiło, że będzie mi twarzowo w tym odcieniu i chyba nie minęłam się bardzo z prawdą. Poniższy zestaw eksploatowałam bardzo często w sezonie letnim z różnym zestawem biżuterii. Dzisiaj w połączeniu z kolczykami z kobaltowymi oczkami.
Porażona nagłym spadkiem temperatury za oknem postanowiłam udać się na ciuchowe polowanie. Poszukiwaną ofiarą był oczywiście płaszcz jesienno-zimowo-ciążowy. Przemierzyłam pół Krakowa węsząc jego śladów. Płaszczy zatrzęsienie, ale żebym się chociaż w jednym zapiąć mogła! To znaczy na upartego mogłam się wbić w nie jeden, przy czym linia ramion kończyłaby mi się raczej na poziomie łokci aniżeli ramion ;]. Nie trudna to rzecz żeby się wystylizować na stracha na wróble. Ale nie o to przecież chodzi. Tropiłam więc dalej, nie pozbawiona ostatnich resztek nadziei. Ten upragniony znalazłam w takim grzebaku, do którego wcześniej bym nawet nosa nie wściubiła (ciuchy w boksach). Od razu rzucił mi się w oczy. Zwyczajnie czekał na swojego drapieżnego oprawce w mojej postaci. 12 złotych za taką porcję mięsa bardzo mnie ukontentowało. Przez 2 godziny zabawiałam się w domu w kosmetyczkę, starannie depilując go maszynką. Co za odprężające zajęcie! O Bogowie! Polecam przed sesją egzaminacyjną! Płaszcz zszedł z fotela wyjątkowo zrelaksowany i odmłodzony o lat 10 :). Podobno "winter is coming". A niech sobie nadchodzi skąd chce. Jakby mnie nawet trochę zmroziło, to się omotam ponczem na dokładkę :). Na chwilę obecną mam jeszcze kilka centymetrów luzu w newralgicznym miejscu, a potem będziemy przesuwać guziki. Innymi słowy: damy radę!





Marny fotograf z mojego męża. Z 10 zdjęć nadało się do czegokolwiek tylko jedno :/. No cóż, Pan Statyw daje sobie radę dużo lepiej :).

płaszcz, szal, pasek: Lumpeks
maxi dress: H&M (od Rurzowej)
narzutka: Stradivarius
kobaltowa koszulka: Zara (mój 2 ciuch kupiony w tym sklepie; ano dają Bon, to trzeba wykorzystać ;D)
kolczyki: Sklep w Wieluniu

Za namową jednej z czytelniczek mojego bloga postanowiłam wziąć udział w akcji Mama Glamour. Mini wywiad ze mną można przeczytać na tej stronie: www.mamaglamour2011.blogspot.com . W sumie bardzo fajna akcja. Każda przyszła mama zdradza swoje patenty na przetrwanie tego niezwykłego i zarazem niewątpliwie kłopotliwego pod względem garderoby okresu. Zachęcam do lektury :).



czwartek, 20 października 2011

Wyznania lumpeksoholiczki

Zastanawiam się po kim odziedziczyłam talent do wyszukiwania w lumpeksach prawdziwych skarbów? Niewątpliwie musi być za to odpowiedzialny jakiś gen ;). A może to jakaś pozostałość po naszych przodkach? Z całą pewnością anielska cierpliwość i doskonała percepcja wzrokowa sprzyjają rozwojowi tego talentu. Już nawet nie pamiętam kiedy kupiłam coś w normalnym sklepie. Jakoś nie ciągnie mnie do galerii handlowych. Pamiętam jak któregoś lata jednego dnia naliczyłam kilkadziesiąt (sic!!!) dziewczyn w tej samej sukience z H&M'u. No tak, cena czyni cuda, zwłaszcza w kwestii klonowania ;]. Zaprawdę powiadam wam, że przecierałam oczy ze zdumienia i wielokrotnie szczypałam się w rękę, aby się upewnić, czy nie mam halucynacji, rozdwojenia jaźni albo innej psychozy. Dlatego właśnie moja miłość do lumpeksów z roku na rok wzrasta. Nie żebym bywała w nich równie często jak w spożywczym po bułki ;). Ale jak tylko gdzieś idę i mijam ten zacny przybytek, nie potrafię przejść obok niego obojętnie. Czasem wystarczy 10 sekund i wiem, że nic ciekawego nie znajdę, a czasem 5, żeby stwierdzić, że nie wyjdę z niego wcześniej niż za godzinę. Często coś mi się podoba, ale dochodzę do wniosku, że cena za wysoka o tych parę złotych. Jak to się jednak ładnie mówi: "jak kocha, to poczeka" do wyprzedaży. Ciąża zdecydowanie wpłynęła na ilość zakupionych przeze mnie ubrań. Obecnie dużo bardziej wolę buszować w działach z ciuszkami dla dzieci. Gabryś ma już skompletowaną całkiem stylową garderobę. Aż mnie czasem skręca z żalu, że nie mam o ten metr wzrostu mniej ;).


Sukienka co prawda na 140 wzrostu, ale jak tylko zobaczyłam te wyszywane aplikacje na biuście, rzekłam sobie, że choćby nie wiem co, to się w nią wcisnę ;). Jej długość jest równie akuratna na spódnicę i zapewne w tej roli zagości jeszcze na blogu. Nie wiem tylko z którymi butami ją nosić - z emu czy z frędzlowatymi mamutami? Kozaki na koturnie będą niestety musiały poczekać do następnej zimy :(.





sukienka, chusta, emu-buty: Lumpeks
kolczyki, bransoleta: Diva
byty z frędzlami: Allegro

sobota, 15 października 2011

Etno w kolorach jesieni

No cóż, trzeba się pogodzić z pewnymi rzeczami - ledwo mieszczę się w kadrze ;]. Mam przynajmniej nadzieję, że Gabryś sobie przytulnie urządził to brzuchowe M1, choć jak patrzę na poniższe zdjęcia to odnoszę wrażenie, że je sobie cwaniak na M2 przerobił ;).
Całe życie nosiłam rozmiar 34. Tymczasem spódnica, którą mam na sobie jest w oszałamiającym rozmiarze XL (sic!). Kiedy oglądałam ją na wieszaku naiwnie myślałam, że będę ją przerabiać, a tu guzik! W tym miejscu sama się z siebie śmieję. Trochę tęsknię do swojej poprzedniej figury, ale i w tej obecnej można jakieś plusy znaleźć. Jeszcze w liceum żartowałam sobie koleżankami, że mój mikroskopijny biust, jeśli kiedyś urośnie, to chyba po 5 dziecku ;). Jak widać wystarczyło jedno ;P. Z ciekawych rzeczy zauważam u siebie tzw. skrajny ciążowy brak koncentracji. Sięgam po talerz na zupę, a w efekcie końcowym wlewam ją do kubka od herbaty :]. Jeśli to nie przez ciąże to pewnie "starość nie radość", jesienna melancholia i te sprawy ;).







spódnica, pasek: Lumpeks
bluzka: H&M
bolerko: Orient Express
chusta: Oh! Calcutta!
kolczyki: Pimkie
pierścionek: indyjski

Znalazłam jeszcze kilka fajnych pomysłów na urządzenie pokoju dziecięcego:



piątek, 14 października 2011

Syndrom wicia gniazda

... wybudził mnie dziś nagle ze snu o 4 nad ranem. Próbowałam zasnąć, liczyłam owce, barany i nic! Do 8 rano myślałam jedynie o kolorze szafek do Gabrysiowego kącika, o baldachimie nad łóżeczko i o tym jak zaaranżować mały pokoik w stylu orientalno-etnicznym, tak by nie było wątpliwości, że jego lokatorem jest osobnik płci męskiej :). Przejrzałam też od deski do deski aktualny katalog IKEA ;). Jak już mniej więcej rozrysowałam sobie cały projekt w głowie i odetchnęłam ze spokojem sen wrócił o 9 nad ranem :). Ach, co za ulga! Mam nadzieję, że dziś będę spać spokojnie :). Zdjęć pokoi dziecięcych, które na obecną chwilę mnie inspirują, w sieci jak na lekarstwo. Zaczynam się cieszyć, że będzie syn, bo jak widzę te księżniczkowo-landrynkowe aranżacje to aż mnie mdli :]. Kilka dni temu widziałam w sklepie indyjskim śliczną szafkę z szufladami - biała z przetarciami. Mam jakieś zboczenie odnośnie koloru mebli (preferuję czerń i głębokie brązy), ale tak sobie myślę, że biały to dobry kolor do pokoju dziecięcego. Zakupiłam pierwszy gadżet w postaci wieszaka na ścianę w kształcie żyrafy :). Mam tyle pomysłów, ale cała sztuka by zrealizować je wszystkie minimalnym nakładem finansowym. Przejrzawszy wczoraj allegro w poszukiwaniu niebieskiego baldachimu znalazłam ten wymarzony, ale w białym kolorze. Dostałam w spadku maszynę do szycia (sasasasa!), więc zamierzam przerobić inny znacznie tańszy model wg własnego konceptu. Zobaczymy co z tego wyjdzie :). Na facebookowym fun page'u wklejam najciekawsze moim zdaniem aranżacje wnętrz. Gdyby ktoś był ciekaw to zapraszam do odwiedzenia strony :).

Poniżej kilka inspirujących pomysłów na pokój dla małego dziecka z elementami etnicznymi. Ja nadal szukam tego własnego konceptu :).







I na koniec pokój dla dziewczynki, ale są w nim pewne elementy, które bardzo mi się spodobały :)



Trochę blada dziś jestem, ale jak pisałam, niewiele dziś spałam :]. Muszę wcześniej robić zdjęcia, bo o 17 światło już zdecydowanie za kiepskie.




spódnica, pasek: lumpeks
bluzka: New Yorker
kolczyki: Diva
pierścionek: indyjski

Ach! Byłabym zapomniała o żyrafie ;):



środa, 12 października 2011

Zielono mi...

... prawie od stóp do głów. W takich barwach czuję się jak świerszcz w trawie albo żaba w stawie :). Ale dzisiaj nie o tym. Żeby nie było, że tak całkiem kolorowo u mnie, chciałam dla odmiany trochę ponarzekać :].
Ciążę przechodzę różnie. Gabryś od samego początku dawał mi popalić. Nie będę o szczegółach pisać, ale fajnie jest móc po pół roku ruszyć się z Krakowa :). W zamian za pewne niedogodności nie doświadczyłam prawie w ogóle porannych mdłości. No może poza jednym przypadkiem, kiedy to w drodze do pracy odczułam wszystkimi zmysłami, że oto zbliża się nieunikniony zwrot śniadania. Zaczęłam się nerwowo rozglądać po najbliższej okolicy za jakimś ustronnym miejscem (warzywniak, kosze na śmieci, 2 kępki krzaków i jakaś wątpliwej estetyki rzeźba). Na szczęście w pobliżu była też "stylowa" restauracja. Wchodzę (a raczej wbiegam), w progu wita mnie babcia klozetowa. Próbuję do niej coś wybełkotać, jednocześnie wachlując się ręką. Na co babcia oświadcza, że przyjemność skorzystania z toalety kosztuje złotówkę. Nerwowo przeszukuję portfel i znajduję jedynie 50gr. Babcia oświadcza, że ona tak nie może ludzi z ulicy wpuszczać, bo się szefowa rzuca. Dla kobiet w ciąży restauracja nie przewiduje taryfy ulgowej. Chyba to zdumiewające oświadczenie sprawiło, że nagle otrzeźwiałam, ale po dziś dzień żałuję, że w odpowiedzi nie zwymiotowałam tej babci na wycieraczkę ;P. O tym, że w tramwajach kobiety w ciąży są niewidzialne już mi się nawet nie chce pisać... (miejsca siedzące przysługują najwidoczniej jedynie krakowskiej inteligencji i geriatrii). No cóż... Było też kilka bardzo miłych sytuacji, ale te zaliczają się zdecydowanie do tych nielicznych. I nie nie, nie zauważyłam jakoby patrzono na mnie jak na kosmitkę z racji obecnego stanu ;). Do życia mam mimo wszystko jak najbardziej optymistyczne podejście :).
Na sam koniec chciałam poruszyć jeszcze sprawę mojej "koleżanki" atopii, z którą walczę od lat 7. Mogłabym śpiewać o niej jak Nosowska o nerwicy. Następuje śpiewanie pod nosem: nie zawiodła nigdy mnie przyjaciółka ma - atopia... tralala. Wiedziałam od samego początku na co się porywam. Ubolewam nad faktem, że nie ma niestety żadnych publikacji na temat ciąży i atopii. Odnoszę wrażenie, że traktuje się nas trochę jak króliki doświadczalne. W sumie, żeby powstała jakakolwiek lektura na ten temat, musiano by własnie przeprowadzić stosowne badania na grupie kobiet w ciąży. A ciąża może dwojako wpłynąć na atopika - albo zaostrzyć zmiany albo doprowadzić do cudownego uzdrowienia. Liczyłam na to drugie, ale niestety wszystko idzie w pierwszym kierunku. Leki odstawione. Sporadycznie mogę brać tylko wapno i Fenistil w kroplach. Dzięki Bogu mogę stosować maści z minimalną dawką sterydów, inaczej, jedyne do czego bym się nadawała to kaftan bezpieczeństwa (plus psychiatryk), zwłaszcza w godzinach wieczorno-nocnych. Mysz mnie kaftanem i tak dość często straszy ;]. Od dłuższego czasu śpię w rękawiczkach, bynajmniej nie dlatego, że mi zimno w łapki. Przede mną najgorszy okres - zima (:E). Obym nie musiała wtedy zbyt często z domu wychodzić. Pocieszam się tym, że to jeszcze tylko 3 miesiące, albo i dopiero początek, gdyż karmienie piersią nie przewiduje raczej możliwości powrotu do leków :(. No to sobie ponarzekałam. Obiecuję, że już więcej nie będę. Jeśli któraś z czytelniczek ma za sobą podobne ciążowo-atopiczne doświadczenia to chętnie posłucham jakichś wskazówek i rad - jak nie w komentarzach to na drodze mailowej :).







Fot. by brat Piotr :)

sweter (100% bawełna), koszulka, buty: lumpeks
spodnie, pierścionek: indyjski
chusta: Orient Express
bolerko: Bershka
kolczyki: sklepik w na Grodzkiej

niedziela, 9 października 2011

Motylem byłam...

... ale przytyłam :]. Aż wstyd przyznać się ile, a to dopiero początek trzeciego trymestru. Kiecka w motyle miała sprawić, że poczuję się chociaż trochę lżej na sercu i duszy, bo o ciele niestety już nie ma co mówić. Coraz bliżej mi gabarytami do słonia, hipopotama czy wieloryba, albo i wszystkich razem wziętych ;]. Dla Mysza już dawno temu awansowałam na Grubzillę (kochanego ciała nigdy nie za wiele ;P).
Tak w ogóle po raz pierwszy od pół roku przekroczyłam granice Krakowa i zawitałam w rodzinnym Wieluniu. Przy okazji spełniłam swój obowiązek wobec ojczyzny. Z Myszem mamy niestety totalnie odmienne poglądy polityczne. Zadzwonił dziś do mnie znad Wisły i tak rzecze:
- Pamiętaj na kogo zagłosować!
- Ja cały czas pamiętam (ja nie wiem, ale faceci to chyba myślą, że ciąża odbiera kobiecie rozum).
- No to pamiętaj, że naskarżę dziecku na kogo głosowałaś!
No i co tu robić? Dobrze, że mama nie postradała wszystkich zmysłów. Niech sobie tatuś skarży!
Pogoda coraz bardziej jesienna, a ja jeszcze (o zgrozo!) nie zaopatrzyłam się w płaszcz jesienno-zimowy. Póki co ponczo daje radę. Czuję się w nim prawie jak członek Drużyny Pierścienia. To nic, że ponczo jest czarne i że do elfiej subtelności mi obecnie daleko. Ilekroć wychodzę z domu zabieram ze sobą zapas lembasów na drogę. Wszak ciężarówka musi mieć coś do "pociamtania" za pazuchą ;).






Chociaż... jak teraz patrzę na te zdjęcia, to może jednak bardziej przypominam w tym odzieniu Bukę z Doliny Muminków ;).


Fot. by brat Piotr :)


sukienka, ponczo, buty: lumpeks
bluzka: New Yorker
chusta na turban: Orient express
kolczyki: prezent od cioci
pierścień: indyjski

piątek, 7 października 2011

Czerń i złoto

Na myśl o tym, że mam się wystroić na jakąś okazję jak stróż w Boże Ciało - tj. elegancko - dostaję niemal alergii. W mojej szafie nie ma białej koszuli na guziki ani spodni w kant, ani też muszki pod szyję, ani tym bardziej klasycznej małej czarnej. Nie czuję też żadnej potrzeby nabywania wyżej wymienionych rzeczy. Bo po co? Tak na jeden raz? Bo wypada mieć? Od klasycznego pojmowania elegancji dzielą mnie lata świetlne, jak nie ich miliony ;). Nie znaczy to jednak, że nie potrafię owej elegancji nagiąć do własnego "widzimisię". Tym oto sposobem uzyskuję efekt: "wilk syty i owca cała". Jest elegancko? No w jakimś sensie jest. Najważniejsze, że nadal w moim stylu.
W najbliższym czasie czeka mnie wyjątkowa okazja. Nie zamierzam na tę okoliczność pozbywać się dredów ani własnej tożsamości. Białej koszuli nie będzie :]. Amen.
Dużego wyboru nie mam. Rozważam zestaw zaprezentowany na zdjęciach poniżej, o ile wcisnę się jeszcze w ten kombinezon, nota bene kupiony właśnie na tę okazję w zeszłym roku (zdjęcia robiłam miesiąc temu). Druga opcja przewiduje wymianę kombinezonu na tę sukienkę. Warunki atmosferyczne zmieniają się z dnia na dzień, więc pewnie zamiast narzutki założę czarną marynarkę. Tak mi się widzi to moje "eleganckie widzimisię" :).







kombinezon: Zara (29,90 zł :D) - pierwszy ciuch, który kupiłam w tym sklepie :]
torebka, bransoleta: indyjski
koturny, szal: H&M
narzutka: Stradivarius
kolczyki: Lumpeks

środa, 5 października 2011

Bastet kulinarnie - tarta brokułowo-pieczarkowa

Uprzedzam z góry, że nie jest to danie, które można przyrządzić w 5 min. Jeśli jednak możecie wygospodarować trochę więcej czasu i nie dopadł was jeszcze Wielki Głód, to tarta z warzywami będzie jak znalazł :).

Potrzebne będą następujące składniki:

Ok. 300 g mąki (zwykle zużywam 270 g)


3/4 kostki zimnego masła
2 żółtka
pół łyżeczki soli
2 płaskie łyżeczki cukru kryształu


koci pomocnik niekoniecznie ;)


Całość szybko zagniatamy i formujemy kulę.
Jeśli ciasto jest za suche można dodać łyżkę śmietany lub odrobinę zimnej wody.
Wkładamy do lodówki na co najmniej 30 min.


W tym czasie przygotowujemy składniki na nadzienie:

Brokuły gotujemy al dente


Pieczarki kroimy w plastry


Cebulę (1 małą lub pół dużej) siekamy w półkrążki


Wędlinę kroimy w plastry lub kostkę, w zależności od tego, co tam aktualnie mamy "na wyjściu" w lodówce ;) (może być szynka albo jakaś swojska kiełbasa).


Podsmażamy na patelni (poza brokułami).
Rzecz jasna, można wszystko osobno, ale mi z reguły nie chce się bawić w przekładanie gotowych półproduktów do miseczek, więc wrzucam wszystko hurtem ;).


Smażę na wolnym ogniu, aż do zeszklenia cebuli.

Przyprawiam solą, ziołami prowansalskimi i odrobiną mielonego kardamonu.

Następnie wyciągam ciasto z lodówki. Smaruję blachę do tarty masłem i wykładam równo ciasto. Można je najpierw rozwałkować . Ja radzę sobie bez wałka - ugniatam palcami :).
Ciasto nakłuwam gęsto widelcem, żeby oddychało podczas pieczenia.


Wstawiam do nagrzanego piekarnika na ok. 15-20 min.
No i tu jest problem. W naszym mieszkaniu jest kuchenka, która zamiast tradycyjnego oznakowania pokrętła od piekarnika wg temperatury ma tylko cyfry od 1 do 9. Instrukcja obsługi kuchenki zaginęła niestety w nieznanych nam okolicznościach. Piekarnik nastawiam więc na oko, czyli coś pomiędzy 5 a 7.

Piekę do momentu, aż brzegi ciasta się zarumienią.


W tym czasie, kiedy ciasto piecze się w piekarniku, robię sos beszamelowy.
Metody jego przyrządzania są różne. Można wlać do rondelka mleko i roztapiać w nim masło, a potem zatrzepywać mąką albo zacząć od masła i mąki. Polecam bardziej ten drugi sposób. Dokładny przepis jest TUTAJ.


Sos przyprawiam solą, cukrem i gałką muszkatołową (ok. pół gałki).


Na przyrumienione ciasto przekładam farsz. Układam brokuły.


Na wierzch wylewam sos beszamelowy


Ponownie wkładam do piekarnika i piekę do momentu, aż sos się ładnie zacznie przypiekać (jakieś 15 min).

Gotową tartę dzielę na trójkątne porcje.
Na wierzchu układam listki bazylii (własnoręcznie wyhodowanej :)).


Smacznego!