piątek, 30 grudnia 2011

Jeszcze w dwupaku :)

Odliczam na palcach dni do tego Wielkiego Dnia. Przeżyłam święta w jednym kawałku to i jeszcze wzniosę noworoczny toast. Nie macie pojęcia, ile lat czekałam na pretekst, żeby móc się wreszcie upić brzoskwiniowym Piccolo ;D!
Ostatnie tygodnie ciąży zdecydowanie do lekkich nie należą. Przewrócenie z boku na bok wymaga tyle wysiłku, że jest się o krok od desperackiego kroku sięgnięcia po telefon i wykręcenia numeru do chłopców z Greenpeace'u ;]. Doprawdy, poczułam ostatnio niezwykle empatyczną więź z tymi biednymi wielorybami wyrzuconymi na brzeg ;). A trzeba było posłuchać Halamy i nie jeść tyle tych ciastek ;P. Ehhh...
Mam małego cykora, bo porodówka w remoncie, a wolałabym nie rodzić w towarzystwie rusztowania i panów układających płytki ;). Jedyny plus, że przy odgłosie wiertarek łatwiej przyłączyć się do chóru ;P. Także, młody, siedź tam grzecznie i nie kombinuj jeszcze!
Fajnie, że tyle rzeczy pozmieniało się na plus w kwestii standardu opieki okołoporodowej. Jest szansa, że ten dzień będziemy mogli przeżyć wg własnego scenariusza (Plan Porodu napisany i zatwierdzony przez moją gin. :)). Trzymajcie kciuki :)!
Może się jutro jeszcze pokażę na blogu, o ile mi się w ogóle będzie chciało stroić do rosołu, tfuu! tj. kieliszka z musującym Piccolo ;).





maxi dress: Terranova
bluzka: lumpeks
kwiat: H&M
chusta, pierścionek: indyjski
kolczyki: allegro


Ogarnęła mnie ostatnio mania szycia. Poskromiłam niczym Mustanga bardzo przedpotopową maszynę marki Łucznik, bez instrukcji obsługi :D. Sasasa! Brakuje mi tylko tasiemki z pomponami i jednobarwnego materiału do zrealizowania mojego planu pod tajnym hasłem "wicie gniazda dla Gabrysia". Mam nadzieję, że zdążę jeszcze przed jego narodzinami :). A to taki mały przedsmak tego, co się zapowiada w tym temacie :).


Komoda na ciuszki przyjechała z Indonezji. Jest bardzo pojemna! Patchworkowa makatka zostanie ściągnięta ze ściany.
Szukałam białej tkaniny w niebieskie słonie, ale nawet ebay nie zaoferował zbyt dużego wyboru w tym temacie. W polskich stacjonarnych sklepach nie ma co się rozglądać za dziecięcymi tkaninami - królują w nich kiczowate różowe misie i bocianki :].
Przypadkiem natrafiłam na tkaninę z baśniowo-arabskim motywem. Obszyję nią fotel i uszyję z niej jaśki oraz zasłonkę na szczebelki łóżeczka. W planie mam jeszcze oprawienie w ramki kilku indyjskich ilustracji (jedna z nich w prawym górnym rogu).

czwartek, 22 grudnia 2011

Przedświąteczny kociokwik (nie)kontrolowany

Za dwa dni święta. W zasadzie mogłabym leżeć i pachnieć (z przyzwoleniem niebios i ziemi ;)), ale jakoś tak dziwnie przychodzić na gotowe. W moim rodzinnym domu każdy ma swoje przydzielone miejsce w kuchni. Babcia robi pierogi i uszka z grzybami (pomagam w lepieniu :)), dziadek smaży karpia, mama gotuje barszcz, zupę z suszonych owoców oraz inne wigilijne pyszności, ja od paru lat niezmiennie okupuję piekarnik i zajmuję się wypiekiem ciast wszelakich, siostry pomagają w ogarnięciu całej reszty. W końcu, gdzie kucharek pięć, tam jest co jeść ;).
Te święta będą pierwszymi, podczas których nie odwiedzę rodzinnych stron. Będzie mi brakowało przede wszystkim wspólnego kolędowania (to już taka nasza rodzinna tradycja). A trzeba Wam wiedzieć, że rodzinkę mam bardzo muzykalną :). To jest ten niezwykły czas, kiedy raz w roku wycieram gitarę z kurzu i odgrzebuję nuty kolęd. Jedna siostra gra na altówce, druga na flecie poprzecznym, najmłodszy brat przyłącza się do nas i nieśmiało wygrywa palcami akordy na pianinie. Płyta z kolędami Preisnera kręci się w odtwarzaczu. Daję wtedy solowy pokaz moich wokalnych umiejętności - hehe, taka "Szansa na Sukces" w wersji domowej ;). Odwiedzają nas znajomi (niekiedy dzierżąc pod pachą skrzypce bądź saksofon). Od kilku lat w naszym domu śpiewa sama Ewa Nawrot :). Pachnie choinką i drewnem w kominku. Jest cudnie! Mam nadzieję, że uda się chociaż pokolędować przez skype'a ;). A za rok? Kto wie, może i Gabryś przyłączy się do rodzinnego zespołu ;). Póki co codziennie ćwiczy przeponę za pomocą czkawki :).
Coraz trudniej trzymam się pionu. Jeszcze trochę, a będzie można mną kręcić jak blaszanym bączkiem ;). Przeglądając fotki do niniejszego wpisu, przypadkiem natrafiłam na swoje zdjęcie w bikini uczynione w któreś wakacje i mało harakiri nie popełniłam ;]. Przysięgam, jak już będzie po wszystkim, to powieszę je sobie na lodówce w formacie 50x70! A tymczasem jutro mam zamiar popaść w kulinarne szaleństwo i upiec kilka ciast. Jak się nie sturlam pod blat to może jeszcze pierogi zrobię. Po wigilii bez wątpienia będę wyglądała jak pączek bez rączek, ale co mi tam! Do Sylwestra i postanowień noworocznych jeszcze daleko ;P.





koci t-shirt: H&M
kocia bluza: lumpeks
szarawary: indyjski
kolczyki: Bershka

środa, 14 grudnia 2011

Mała rzecz, a cieszy ;)

Już myślałam, że będę do stycznia leżeć z nogami podwieszonymi do sufitu (już po 2 tygodniach miałam serdecznie dosyć), ale okazało się, że jednak nie jest tak źle z nami :). W sumie polubiłam tę liczbę podwójną. Od dłuższego czasu toczymy i turlamy się przez życie razem :). Nie ma to jak być w dwupaku! Nikt mi nie wypomina podwójnej porcji obiadu czy kanapek (2 dla mnie i 2 dla Gabrysia). Żeby nie było - słodyczów, łakociów i innych słodkościów nie jem ;). Nawet nie dlatego, że nie mam na nie ochoty, ale zwyczajnie nie mogę i odzwyczaiłam się :). Ubolewam często nad bardzo mizerną ofertą białych czekolad (biała, biała, biała, (....), biała dmuchana, biała z kokosem i na tym się w zasadzie wybór kończy). Zresztą od czekolady i tak wolę jogurty i owoce (tu też wybór mocno okrojony).
O tych mniej przyjemnych aspektach podwójnego bycia/życia pisać nie muszę. Tyję ostatnio od patrzenia w sufit i głaskania kota. Mówi się, że nieużywane organy zanikają, ale u ciężarnych to porzekadło działa niestety w odwrotną stronę ;]. Osiągnęłam już rozmiary gigantycznej Grubzilli (Godzilla może się schować!). Powiedzenie, że ma się tyłek jak szafa trzydrzwiowa z przedziałkiem na fortepian, traktowałam zawsze w kategoriach absurdalnego żartu, ale okazuje się, że nie ma rzeczy niemożliwych :]. No może nie od razu cały fortepian, ale taki kieszonkowy na pewno się zmieści ;). Wyciągnęłam ostatnio z szafy koszulkę w rozmiarze XS - tak dla śmiechu ;). Byłam pewna, że prędzej sobie kończyny górne połamię niż ją przełożę przez głowę chociaż, a tu proszę! Udało mi się moje ramiona a la Pudzian w nie zmieścić i całe Gabrysiowe M1 (do potęgi n-tej) i szwy nie puściły ;D! No cud normalnie!!! Taka mała rzecz, a cieszy jak nigdy :D!




koszulka: Reserved
kolczyki: Zara
alladyny, chusta, pierścionek: indyjski



poniedziałek, 12 grudnia 2011

Święta tuż tuż. Tym razem o pomyśle na prezent dla kobiet.


Kilka dni temu otrzymałam w prezencie Kartę Rabatową B&H.
Najpierw przyglądałam jej się z lekkim niedowierzaniem. Przyznaję się bez bicia, że gabinety kosmetyczne omijałam zawsze szerokim łukiem, ale... nigdy nie mów nigdy ;). Do fryzjera jednak bardzo chętnie się wybiorę po narodzinach dziecięcia, coby wreszcie poeksperymentować z włosami swoimi (trwała?).
Taka karta to w sumie bardzo fajny pomysł na prezent świąteczny, tym bardziej, że pozostawia spory wybór obdarowanemu na co ją wykorzysta. Największą jej zaletą jest to, że uprawnia do wielokrotnych zniżek (od 15 do 83%) przez cały czas trwania jej ważności, czyli przez rok. Ponadto można się nią dzielić (podarować bądź pożyczyć) z koleżanką, siostrą czy mamą, gdyż jest na okaziciela :).
Kartą Rabatową B&H można też płacić (wystarczy ją doładować wybraną kwotą). Ma swój indywidualny rachunek bankowy prowadzony przez BZWBK, którego obsługa nic nie kosztuje. Rachunek ten przypisany jest do karty, nie do osoby.
Wszystkie firmy, które udzielają zniżek, można sobie przejrzeć tutaj. Łatwo zawęzić poszukiwania do wybranego przez siebie miasta bądź usługi - wystarczy skorzystać z wyszukiwarki zamieszczonej na stronie. Wybór ofert jest dość bogaty: gabinety kosmetyczne, spa, salony fryzjerskie, fitness, siłownie, sklepy (głównie z bielizną), szkoły językowe oraz restauracje i kawiarnie.

Małopolska cieszy się chyba największą ilością współpracujących firm.

Przyznam, że jest to jeden z oryginalniejszych prezentów, jakie kiedykolwiek dostałam. Na pewno się nie zmarnuje. Będę miała pretekst ku temu, by zadbać trochę bardziej o urodę i to nie tylko moją :).

czwartek, 8 grudnia 2011

Święta tuż tuż. O prezentach dla mężczyzn.

Święta zbliżają się nieuchronnie. Na próżno rozglądać się za śniegiem za oknami, ale za prezentami pod choinkę można jak najbardziej. Jako, że najbliższy miesiąc spędzę w pozycji horyzontalnej pozostają mi jedynie wycieczki do sklepów internetowych. O plusach takich zakupów nie muszę pisać - nie trzeba się ruszać z domu, tłuc się przetłoczonymi autobusami/tramwajami, zabijać się o dany produkt z innymi klientami, ani tym bardziej nerwowo odliczać czasu na zegarku w trakcie stania w tasiemcowej kolejce do kasy. Przeglądam różne strony internetowe w poszukiwaniu odpowiednich podarunków dla swojej rodziny. Siostrze czy mamie łatwo coś wybrać (wiadomo), ale bratu, mężowi czy tacie trochę gorzej ;). Naprzeciw tym problematycznym wyborom wychodzi jedna z najbardziej znanych i cenionych za wysoką jakość produktów polskich marek - Vistula, proponując zestawy świąteczne Gift For Men. Każdy taki zestaw możemy samodzielnie skomponować. Dodatkowo przy zakupie minimum trzech produktów otrzymamy rabat na całość w wysokości 30% (rabat nie obejmuje garniturów oraz towarów przecenionych). Zakupów tych możemy dokonać w sklepie internetowym www.sklep.vistula.pl. Na tych, którzy dysponują czasem i wolą kupować w centrach handlowych, w salonach marki Vistula czekają profesjonalni Doradcy Klienta. Zestaw pakowany jest w eleganckie czarne pudełko prezentowe z logotypem Vistula.
Więcej informacji na temat świątecznej promocji Vistuli znajdziecie TUTAJ

niedziela, 4 grudnia 2011

Moja kuchnia w stylu orientalnym

Swoją kuchnię (a właściwie jej część jadalnianą) pokazywałam już jakiś czas temu w szafiarskiej akcji mieszkaniowej. Od dawna planowałam coś w niej pozmieniać, by stała się bardziej ciepła i przytulna. Bardzo brakowało mi w niej zdecydowanych barw. Ostatnio zapanowała moda na styl skandynawski, a mnie jakoś odrzuca od białych, zimnych i sterylnych ścian. Marzyły mi się odcienie przywodzące na myśl marokańskie klimaty - ciepłe czerwienie i pomarańcze, jak te ze zdjęć poniżej:

Jakiś czas temu przyszedł mi do głowy szalony pomysł pomalowania ścian na złoto. Zrobiłam rekonesans w okolicznym Leroy Merlin. Do kasy leciałam jak na skrzydłach, dzierżąc w dłoni werniks w odcieniu starego złota oraz zwykłą gąbkę z dziurami. Wiem, że trudno sobie wyobrazić w tej roli ciężarną prawie na finiszu, ale musicie mi wierzyć na słowo ;). Zauważyłam już dość dawno temu, że mogłabym spędzać w sklepach z artykułami wykańczania wnętrz znacznie więcej czasu niż w swoim ulubionym lumpeksie. Rajcuje mnie nawet dział z gwoździami ;). Niby o mężczyznach mówi się per "złota rączka", ale mojemu mężowi strach dać do ręki gwoździa i młotek, a co dopiero pędzel ;). Innymi słowy - sierot z niego totalny, jeśli idzie o prace domowe. Mnie ten fakt nawet cieszy, bo w mieszkaniu wolę wszystko sama zrobić, zwłaszcza że jest to dla mnie pole do artystycznego wyżycia się. Nie jestem łatwym współpracownikiem remontowym (o czym przekonał się niestety mój teść). Cierpię dotkliwie na syndrom detektywa Monka - wszystko musi być od linijki, symetrycznie, żadnych niedociągnięć, krzywizn i pójścia na łatwiznę. Bez ogródek wytykam błędy palcem: "tu nierówno", "tam poprawić", "tu źle" ;]. No cóż, ma się ten sokoli wzrok :).
Wracając do złotej farbki - chciałam uzyskać efekt przetarć. Nanosiłam więc werniks na ścianę gąbką "paćkami" i lekko je rozcierałam. Okazało się, że 0,25 l to trochę mało jak na ścianę o powierzchni 7m2, a budżet miałam dość ograniczony. Przypomniało mi się, że zostało mi jeszcze trochę śliwki węgierki po malowaniu sypialni. Połączenie fioletu i złota wydało mi się bardzo atrakcyjne, zwłaszcza, gdy w jednej z wnętrzarskich gazet zobaczyłam poniższe zdjęcie., toteż bez chwili namysłu wcieliłam swój pomysł w czyn.

Ściana z oknem w mojej kuchni od samego początku miała być w odcieniach mocnej czerwieni. Farbę kupiłam w Obi (z mieszalnika). Reszta inwestycji w projekt remontowy ograniczyła się jedynie do zakupu kilku kolorowych ramek na zdjęcia. Jako, że nastąpiły zmiany w naszej sypialni, kanapa z salonu powędrowała do jadalni. Zdecydowanie to przemeblowanie wyszło na plus dla kuchni :). Efekt końcowy bardzo mnie zadowolił. Mogłabym teraz spędzać w niej cały dzień, popijając zieloną herbatę z kardamonem albo sącząc mate :). Irytują mnie jedynie osłonki na doniczki - każda z innej parafii :/. Jak tylko znajdę odpowiednie, to od razu je wymienię. Pewnie na ścianie z drzwiami naprzeciw okna, również w odcieniu mocnej czerwieni (której akurat nie uwieczniłam na zdjęciach), pojawi się jakiś ornament, ale wszystko w swoim czasie.

Cała sztuka w tym, by w urządzaniu mieszkania w danym stylu nie popaść w przesadę. Lepiej nie traktować danych inspiracji zbyt dosłownie, bo łatwo wtedy osiągnąć efekt kiczu. Styl indyjski czy marokański to przede wszystkim nasycone barwy i charakterystyczne wzory. Czasem wystarczy zainwestować w ciekawą kapę na łóżko i kolorowe poduchy, żeby nadać wnętrzu zupełnie nowe oblicze. Kilka na pozór niewidocznych dodatków nada mu dodatkowego uroku.
Nie zwykłam kupować wszystkiego od razu. Raczej powoli gromadzę drobne detale, gdy coś wpadnie mi w oko (w okazyjnej cenie). Salon w stylu afrykańskim dopiero od niedawna wygląda na projekt w fazie ukończenia :).

Poniżej mój przepis na urządzenie kuchni w stylu orientalnym (z ukłonem w kierunku Maroka) przy minimalnym nakładzie finansowym :).


metaliczny werniks w odcieniu starego złota - 22,50 zł(0,25 l)
czerwona farba z mieszalnika - 22 zł (0,75 l)



Biały zegar z Ikea przemalowałam złotą farbką (do ornamentów)



obrus - lumpeks (3zł)
fioletowe podkładki - Home&You (ok. 4 zł za sztukę)





narzuta - indyjski
patchworkowe poszewki - Shiva (12 zł za sztukę)


kolorowe ramki kupiłam w Leroy Merlin (9x13 - 3,90 zł)
drewniana patera - Orient Express ( 26zł)
zdjęcia - wycięte z gazet ;)
drewniana indyjska ramka (wisiała wcześniej na ścianie z drzwiami) - Orient Express (% 12 zł)



zasłonka - indyjskie sari pocięte na 3 części (lumpeks - 10zł)


słoń - Orient Express (% 10zł)


piątek, 2 grudnia 2011

Nowe szaty Gejszy

Nie mam pojęcia skąd pochodzi ta makatka. Bez wątpienia w całości wykonano ją ręcznie. Przez lata poniewierała się w moim rodzinnym domu. Zapomniana przez wszystkich została nieomal pożarta przez kurz. Postanowiłam ją uprowadzić do Krakowa i wskrzesić z martwych :).
Jak to się mówi - w przyrodzie nic nie ginie. Nigdy nie wyrzucam ścinek, które zostają mi po przerabianiu (najczęściej odchudzaniu) moich lumpeksowych kiecek. Stworzenie nowej kreacji dla Gejszy nie kosztowało mnie więc ani grosza :). Poświęciłam jej kilka godzin mojego czasu. Efekt końcowy bardzo mnie zadowolił. Obecnie Gejsza zdobi ściany mojej odświeżonej kuchni, do której zaproszę Was w kolejnym poście :).

Gejsza przed metamorfozą:



Po metamorfozie (pamiętacie tę spódnicę :D?):