środa, 29 lutego 2012

Szczęśliwi czasu nie liczą :)

Jak to się mówi "szczęśliwi czasu nie liczą" :). No i proszę! Ani się obejrzałam, a dziabągowi miesiąc strzelił :)). Przez ten czas nie wiedziałam jak się nazywam. Roboty przy takiej małej istotce tyle, że nie wiadomo gdzie ręce włożyć: w pieluchy, w pranie, do lodówki (w celu przypomnienia sobie jak wygląda śniadanie) czy w modlitewnik (w intencji wydłużenia doby ;)). Przez ten miesiąc próbowaliśmy się lepiej poznać. Nie wszystko szło jak po maśle, bo dzieć żyje w zupełnie innej strefie czasowej i nijak mają się wszelkie próby jej synchronizacji z naszą. Ostatnio całkiem dobrze wychodzą nam konwersacje o 6 nad ranem ( "A-gu" mamy już opanowane do perfekcji :D). Pluję sobie w brodę, że nie umiem się jeszcze zachwycać wschodami słońca i nieprędko to nastąpi. Wiodąc żywot nocnej sowy nie zwykłam wstawać z kurami, toteż zmagam się ciągle z próbą zaaklimatyzowania się. Jak nie przepadam za wbijaniem igieł w moje cienkie żyły, tak teraz dałabym sobie podłączyć kroplówkę z hektolitrami kawy. Pocieszam się, że Gabryś przeprosił się ostatnio z wózkiem i problem spania na rękach/w chuście powoli się rozwiązuje. Mój kręgosłup woła o pomstę do nieba, a dopiero mi na świat. No ale kto by się tam kręgosłupem przejmował ;). Mrozy puściły i można w końcu wyjść z małym z jaskini na światło dzienne. Pierwszy dłuższy spacer za nami. Jak niewiele potrzeba, żeby doładować akumulator Matki Polki :). Nie mogę się doczekać cieplejszych dni, żeby wózek zamienić na chustę :).

Jako, że rzadko ostatnio bloguję to was zasypię ilością fot. Mam nadzieję, że mi wybaczycie ;).










fot. by Mysz

Ps. Dredki w praniu. Włosy ponownie w rudym kolorze. Zastanawiam się co z nimi zrobić. Podciąć? Zafundować sobie trwałą? Choć przyznam szczerze, że najlepiej czuję się z mopem na głowie ;)

spódnica, torba, buty: lumpeks
kurtka: Reserved
pasek: H&M
chusta: Shiva
kolczyki: Diva

czwartek, 16 lutego 2012

Zachustowani :)

Zaprawdę powiadam Wam - ciężki jest żywot Matki Polki :]. Nie sądziłam, że kiedykolwiek wyjścia do toalety będę musiała dzielić na raty ;). Och, ileż to się jeszcze człowiek o życiu musi nauczyć!
Moje ciało w ciąży ciągle mnie zaskakiwało. Ale po ciąży również wprawia mnie w niemałe zdumienie. Ha! Zaczynam rozpoznawać swoją twarz w lustrze :D. I to by było w zasadzie tyle z rzeczy na plus ;). Ciągle mi się wydaje, że ta oponka na brzuchu to efekt moich wybujałych wyobrażeń sennych, ale niestety bliżej jej do ektopasożyta, a w najlepszym wypadku mam do czynienia z komensalizmem (zakładając, że karmiąc swe dziecię czerpię z bogatych zapasów tłuszczowych owej oponki, ale chyba musiałabym się zacząć głodzić, żeby się dopatrzeć jakichś realnych korzyści z tej "symbiozy" ;)). Zdiagnozowałam u siebie również pewien rodzaj choroby sierocej, tj. nie potrafię sama stać/siedzieć prosto dłużej niż kilka sekund, bo zaraz mnie kiwa na lewo i prawo albo w przód i tył (wariantów kiwania jest oczywiście całe mnóstwo). Jakby to kiwanie miało jakoś pomóc w spożywaniu posiłków albo w odbieraniu łącza internetowego ;). Choroba sieroca włącza mi się z całą swą intensywnością oczywiście w najmniej odpowiednich momentach, czyli np. podczas stania w kolejce do kasy, czym, rzecz jasna, sieję powszechny strach i panikę wśród kolejkowych współtowarzyszy :]. Jednak w największe zdumienie wprawił mnie mój zacny biust, który to na odgłos budzącego się ze snu Gabrysia reaguje niczym pies Pawłowa na dźwięk dzwonka ;). Proszę mi wybaczyć, ale daruję sobie dokładny opis owych reakcji ;).
Na chwilę obecną mój dzieć liczy prawie 3 tygodnie. Pochłania niemal 100% mojego czasu i uwagi, czego mu wcale nie żałuję, pomimo tego iż czasem naprawdę padam na ryj ze zmęczenia. Pojawienie się małego człowieka na świecie powoduje przewartościowanie wielu spraw. Tym oto sposobem (do dziś nie wiem, jak to się stało) dopuściłam się kilkakrotnego wyjścia z domu bez makijażu, czego wcześniej nie czyniłam, wychodząc po bułki do sklepu czy nawet zjeżdżając windą po listy ze skrzynki pocztowej ;). Odpukać w niemalowane, ale chyba koleżanka atopia o mnie zapomniała albo mi ta dieta karmiącej matki tak służy :). A propos wyjść z domu - dwa dni temu dostałam od męża przepustkę na wyściubienie nosa z jaskini w celu udania się po proszek do prania (z Gabrysiem czekamy póki co na cieplejsze temperatury). Co za radość! Zobaczyć świat z bliska po prawie dwóch tygodniach przerwy! Z jednej strony poczułam się jak dzikie zwierzątko wypuszczone z klatki na wolność, a z drugiej myślałam o jak najszybszym powrocie do mojego małego Szkraba :). Niemniej jednak takie wyjście z domu, choć na kwadrans, uważam za pomysł warty wprowadzenia w życie z częstotliwością co najmniej raz na dwa dni. Wszak matka powinna zapewnić sobie dopływ świeżego tlenu do mózgu, żeby nie zwariować w tym natłoku nowych obowiązków ;).


Ja tu taką epopeję spłodziłam, a zupełnie o czym innym chciałam. O chuście mianowicie, dzięki której ten wpis w ogóle powstał. W innym wypadku nie wiem, czy mój powrót na łono blogosfery nastąpiłby w najbliższych miesiącach (za sukces uważam czas, kiedy mogę oddać się z pasją prasowaniu). Chustę sprezentowała Gabrysiowi ciocia Baglady :). Niech jej Bóg w dreadach i maxi kieckach wynagrodzi! Zamotaliśmy się wczoraj na próbę. Ledwo ostatni supeł zawiązałam, patrzę, a moje dziecię śpi błogo. Chciałam podskoczyć z radości, ale w porę się pohamowałam. Cóż to za wynalazek genialny jest! Można obiad pichcić, chałupę z kurzu omieść i wpis na bloga wyprodukować, a dzieć dalej śpi :). Matka mogła sobie nawet makijaż oka strzelić, wystroić się jak choinka (na potrzeby zdjęcia ofc ;)) i kilka zdjęć zrobić :). Klękajcie narody przed tym, który ów wynalazek opatentował!



szarawary, chusta: Shiva
bluzka: lumpeks
kolczyki: allegro
pierścionek: indyjski

piątek, 3 lutego 2012

Smerf ;)

Chyba nie szybko wrócę na łono blogosfery. Moje zapędy szafiarskie ograniczają się jedynie do komponowania zestawów pidżamowych. Kluczową kwestię stanowi rzecz jasna szybki dostęp do baru mlecznego ;).
Wolnych chwil na tym etapie praktycznie nie posiadam. Za to kiedy tylko mogę, sięgam po aparat. Gabryś rośnie w oczach :). Poza tuleniem, karmieniem go i przewijaniem to moje jedyne nowe praktykowane hobby :).







Gabrysiowe ciuszki: z lumpeksu

fotografia dziecięca