poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Maxi etno

Jakoś tak całkiem przypadkiem dobieram ostatnio maxi kiecki pod kolor chusty ;). Wydawało mi się na początku, że kompatybilność zawartości mojej szafy z odcieniami różu będzie problematyczna, ale okazało się, że nic bardziej mylnego. Nawet z odcieniami zieleni (khaki) chusta wygląda całkiem nieźle :). W sumie gdybym miała sobie sprawić jakąś zapasową sztukę, to naprawdę nie mam pojęcia, który kolor byłby równie uniwersalny. 
No i mamy, proszę Państwa, temperaturowe lato :). Troszkę nam się godziny Brysiowych spacerów przesunęły z powodu upałów, ale i dłużej słońce świeci, toteż nie ma się co śpieszyć z powrotami do domu. Byle do kąpieli ;).  W moim mieszkaniu nastąpiły ostatnio ciemności egipskie - ocieplają nam blok na lato ;) - w związku z czym wszystkie okna cudnie upstrzone rusztowaniem. Niby folia na oknie, ale prywatności nigdy dość, zwłaszcza, że trzeba się gdzieś podziać z dzieciem i odsłoniętym biustem ;). Z powodu owych ciemności chwilowy zastój w domowych fotkach. Niewykluczone, że powrócą niebawem, o ile się przyzwyczaję do tego, że mi jakiś obcy chłop na balkonie zamieszkał ;). Obiecywałam milion razy, że swój afrykańsko-indyjski salon pokażę. No to teraz mam okazję (fragment wypoczynkowy).


Sezon maxi kiecek uważam oficjalnie za otwarty, choć zapewne nie trudno zauważyć, że trwa on u mnie przez cały rok, niezależnie czy za oknem +30, czy -15. Nie żebym miała nogi krzywe, ale niespecjalnie lubię się ze spodniami. Alladynki i szarawary, rzecz jasna, to inszy rodzaj "spodniów" i darzę je równie wielką miłością, co sukienki.
Jako matka karmiąca mogłabym stanąć przed szafą i powiedzieć: "nie mam się w co ubrać"! No bo problem w tym, by bar mleczny otwarty był 24h i dostęp do niego był nieograniczony. Na szczęście większość moich kiecek pozwala dostać się do niego od góry bez żadnych problemów i dziwnych manewrów, których wymagają wszelkie bluzki do karmienia. Do maxi kiecek świetnie sprawdzają się też moje sweterkowe bolerka - nawet nie muszę ich rozpinać, wystarczy je podciągnąć do góry. Najbardziej polubiłam się z  bluzką z poprzedniego wpisu, która dodatkowo kończy się w bardzo akuratnym miejscu, maskując pociążową oponkę na brzuchu :). Jeśli te rozkosznie ciepłe temperatury utrzymają się dłużej, to i wszelkie narzutki na sukienki zbędne. Cieszę się już jak głupia na myśl o prawdziwym lecie :).








fot: by Mysz
maxi (chyba najbardziej etniczna, jaką posiadam :)): Szafa.pl
torebka: Etnikana
sandały: H&M
kolczyki: six
pierścionek: prezent
bransoleta: Oh! Calcutta!

czwartek, 19 kwietnia 2012

Klapki na oczach

Pisanie o ciuchach i modzie to ostatnia rzecz, jaką praktykuję na tym, jakby nie patrzeć, szafiarskim blogu ;). Co się tyczy aktualnych trendów w modzie, to niestety bardziej doinformowana jest moja babcia, która na bieżąco śledzi ten dział w gazetach. Ja tam modę mam w głębokim poważaniu! Pomimo mojej szczerej ignorancji w odniesieniu do tegoż tematu paradoksalnie i tak czuję się na swój sposób modna (mam nadzieję, że mi wolno ;)). Ale nie o tym chciałam...
Tak mnie jakoś naszły pewne przemyślenia. No bo po co ta cała zabawa w strojenie się? Ano lubię! Nie umiem inaczej! Jest to dla mnie jakaś forma uprawiania sztuki. Nawet po domu (niekiedy w dresie - ha! mam jeden!) wyglądam po swojemu. Moje siostry stwierdziły kiedyś, że jestem zniewolona własnym stylem i nawet jeśli jest to objaw jakiejś choroby o podłożu maniakalnym to naprawdę dobrze mi z tym!
Zdarzało mi się czytać na różnych blogach wpisy o tym jak to pół ulicy się za kimś ogląda, powodując tym przyrost atrakcyjności/wartości/samooceny/dumy/mocy etc. (niepotrzebne skreślić) danej osoby. Trochę mnie rozbawienie ogarniało po takiej lekturze :]. Proszę mi wybaczyć, ale ja nie umiem się tak rajcować czyjąś reakcją na swój widok. Przyznam szczerze, że wychodząc z domu zakładam klapki na oczy, jak te konie z krakowskich dorożek ;). Nie prowadzę statystyk ile osób wytrzeszczyło oczy, wytknęło mnie palcem ;). Nie interesuje mnie to, czy ktoś na mnie spojrzał prosto, krzywo czy z ukosa. Co więcej, peszy mnie, gdy czuję czyjeś spojrzenie na sobie. Wcześniej z tego powodu wlepiałam wzrok w chodnik, a teraz, ekhm, zapatruję się w swojego dziecia :). Ach! No i z tego powodu nie ma na blogu fotek w szafiarskich pozach spod bloku ;P. Krępuje mnie pozowanie przed własnym statywem w zaciszu domowym (co następuje poniżej ;)).
Najzwyczajniej w świecie chciałabym, by mój wygląd był uznawany za normalny :). Ot tyle. Że głucha nie jestem, to czasem wychwytuję jakieś komentarze pod moim adresem. No cóż, uśmiecham się pod nosem, bo zwykle ludzie reagują pozytywnie. Choć za "czarownicę" i "wróżkę" powinnam się obrazić ;P. Mogłabym tu przy każdej okazji cytować jakieś anegdotki na mój temat, no ale na co to komu? No dobra, jedną się podzielę, bo mnie zabiła totalnie ;P. Wchodzę do spożywczaka po zakupy. Kilkuletnia dziewczynka na mój widok drze się na cały sklep: "Mamo! Mamo! Dżin z bajki!" :D. Zaczęłam rozglądać się nerwowo za nieistniejącym niestety działem z książkami dla dzieci, żeby się tam schować między półkami :P.
Zareagowałam raz jedyny na ciągłe uwagi jednego z mieszkańców mojej klatki, który za każdym razem bez ogródek wrzucał mnie do wora z Talibami. Od tamtej pory ów sąsiad całuje mnie po rękach na przywitanie, leci przede mną, by mi drzwi otworzyć, wciska za mnie guziczki w windzie oraz każdorazowo każe przekazać uszanowania dla małżonka :). Czasem żałuję, że się do niego w ogóle odezwałam, bo jeszcze ktoś gotów pomyśleć, że mam osobistego lokaja i jakaś jaśnie hrabianka ze mnie ;).








U rodziców, żeby nie było ;)
fot. by Brat :)

maxi dress, bluzka: lumpeks
kolczyki: by Rurzowa :)
chusta: Orient express
buty: Tomex

Wyniki KOKOszkowego konkursu!



(Kliknij, aby powiększyć)

Dziękujemy Wam za wszystkie zgłoszenia na konkurs! Po burzliwych obradach wyłoniliśmy wreszcie zwycięzce. Gratulujemy autorce zdjęcia z numerem 3! Mamy nadzieję, że torebka będzie się dobrze nosić i stanie się jednym z ulubionych dodatków :). Wybór tej jednej stylizacji był naprawdę trudny i dlatego postanowiliśmy przyznać 2 nagrody pocieszenia w postaci marokańskich kolczyków :). A powędrują one do autorki pracy nr 1 - za piękny kreatywny kolaż oraz do autorki zdjęcia nr 14 - za bogactwo kolorów, szczerość i klimat nadesłanego zdjęcia. Serdecznie gratulujemy!

niedziela, 15 kwietnia 2012

Spacerem po Wieluniu

Wstyd przyznać, ale ostatnio częściej rodzinne strony odwiedza moja siostra, która do Polski lata samolotem, niż ja ;). Odbyłam właśnie z Gabrysiem pierwszą długą podróż samochodem (ponad 200km). Wcześniej "testowałam" jego znoszenie długich dystansów w Krakowie. Chusta to jest genialny wynalazek! Machnęłam ręką na to, że mam antywózkowe dziecko przez nią. Wysławszy któregoś dnia Mysza na spacer z dziabągiem, usłyszałam po niespełna 20 minutach dzwonek do drzwi. Myślałam, że coś się stało albo zapomnieli czegoś. Dzieć zanosił się takim spazmatycznym płaczem, że mąż wracał do domu niosąc dziecko na ręce, a drugą pchając wózek :]. Sama też miałam już dość walki o spacery w wózku. Praktycznie na żadnym nie spał tylko wył pół drogi. O tym, że wejście z wózkiem do osiedlowych marketów spożywczych jest absurdem przekonałam się równie szybko (nie dane mi było dojechać do końca alejki nawet - nie wiem, może powinnam na plecy wziąć jeździdło, czy jak?). W sumie cieszę się z takiego obrotu sprawy. To znaczy wózek jest cacy do lulania i spania oczywiście :). Ale spacery w chuście to jest nasza największa codzienna przyjemność! Gabryś z ogromną ciekawością obserwuje wszystko wokół. Opowiadam mu na czym świat stoi ;). W chuście możemy zmierzać cały Kraków wszerz i wzdłuż. Ostatnio wybraliśmy się z małym do IKEA. Zdążyliśmy 2 piętra zwiedzić i obiad w restauracji zjeść, a Bryś dopiero oczy otworzył :D. Jedyny minus, że czasem małą sensację wzbudzamy i zaczepiają nas różni ludzie (a może to plus jednak?). Na każdym spacerze zawsze znajdzie się jakaś babcia, która zapytuje czy niosę zwierzątko ;].
Wracając do premierowej podróży dalekodystansowej, wsadzenie małego do fotelika zakończyło się półgodzinną histerią. Ale jak już się uspokoił całą drogę do Wielunia przespał (ponad 3 godziny). Tak sobie zwiedzamy mój rodzinny Wieluń od tygodnia. Może zanim wyjedziemy drzewa będą już całkiem zielone :).










kombinezon, bluza, torba: lumpeks
chusta na turban: Tomex
pasek: New Yorker
baleriny: H&M

niedziela, 1 kwietnia 2012

Bo matka jest tylko jedna ;)

Podobno matkę ma się tylko jedną, a moje dziecko ma codziennie inną ;). Matka raz ma mopa na głowie, innym razem turban (codziennie w innym kolorze, rzecz jasna), a teraz zachciało jej się włosy na makaron spaghetti przerabiać (dzięki uprzejmości Celiny :)). Powiedzcie mi, czy ja robię swojemu dzieciowi wodę z mózgu ;)? Przyznam się z nieukrywanym zakłopotaniem, że kilka dni temu Gabryś był tak zaskoczony moim widokiem, że aż mu czkawka z wrażenia przeszła :D (świadkiem teściowa i mąż). Mam nadzieję, że za to zmysł węchu działa u niego bez zarzutu i jak nie po wyglądzie, to rozpoznania mojej persony dokonuje właśnie olfaktorycznie ;). W sumie jak patrzę na potomka Baglady i upewniam się, że ma się całkiem dobrze to trochę się uspokajam :).
Bycie matką łatwe nie jest. Trzeba się dwoić i troić niekiedy. Że kobiety mają podzielność uwagi wiadomo nie od dziś. Wszak jedną ręką można w garze z zupą mieszać, a drugą ręką/nogą (można się czasem pogubić w kończynach ;)) zapewniać stały dopływ regularnych wstrząsów do wózka czy leżaczka. Ostatnio odkryłam, że używając tego samego zestawu kończyn, można też zabawiać dziecia w łazience, myjąc włosy :D. Ha! Człowiek-orkiestra normalnie! Czego to matki nie potrafią!








maxi dress: szafa.pl
sweterek: Bershka
kolczyki: diva
pierścionek: indyjski

Przypominam Wam o konkursie :)!
Na Wasze zgłoszenia czekamy z załogą KOKO design do 8 kwietnia :).