wtorek, 25 czerwca 2013

KOKO & Mola

Choć w mojej szafie jest bardzo kolorowo, równie często sięgam po czarne zestawy. Lubię czerń! Czerń ma to do siebie, że cudnie eksponuje dodatki. W poniższym zestawie to właśnie one odgrywają główną rolę. Naszyjnik - jeden z moich ulubionych -  pokazywałam już kilka razy, ale w tej odsłonie podoba mi się zdecydowanie najbardziej :). Pięknie skomponował się z wyjątkowo oryginalną torebką wykonaną przez Indian Kuna zamieszkujących wyspy Kuna Yala w Panamie. 
Ozdoba na torbie - tzw. "mola" - to tradycyjna technika zdobienia tkanin i stanowi ona część tradycyjnego stroju kobiet Kuna. W języku ojczystym Kuna "mola" oznacza "koszulkę" lub "ubranie". Jej wygląd wywodzi się ze zwyczaju malowania ciała w geometryczne wzory przy użyciu naturalnych barwiników. Najstarsze mola wykonywane taką techniką mają 150-170 lat. Jakość i wartość mola zależą od liczby warst, szerokości szwu, równej krawędzi i szerokości wycięć, dodatków takich jak zygzakowate granice, kratki lub haft oraz ogólnego wrażenia artystycznego, projektu i dobranych kolorów. Najczęściej spotykane wzory to geometryczne abstrakcje nawiązujące do wzorów, w jakie kiedyś malowano ciała, a także realistyczne i abstrakcyjne wzory kwiatów, zwierząt morskich i ptaków.  Autorki tych pięknych rękodzieł poznała osobiście Agata i postanowiła zabrać kilka takich torebek do Krakowa do swojego sklepu KOKO design :).
 Z powyższego sklepu pochodzą również spodnie, które mam na sobie. Szalenie przypadły mi do gustu wzory haftowane zółtą i czerwoną nitką. Pomimo luźnego kroju ( są bardzo wygodne) mają w sobie sporą dawkę elegancji i dlatego w niemal identycznym zestwie (zamieniłam top na t-shirt) poszłam ostatnio na koncert (a właściwie obronę dyplomu) mojej siostry altowiolistki :). Z żakietem też się bardzo fajnie prezentują :).












torebka, spodnie: Koko design
naszyjnik: Oh! Calcutta! (już nieistniejąca niestety :()
kolczyki: Rossman
top, buty: H&M %
bransoletki: Teranga - sklep z afrykańskimi rękodziełami

fot. Mysz
Ps. bardzo się starałam, żeby horyzont wyprostować ;).



sobota, 15 czerwca 2013

"Global style" dla podróżujących palcem po mapie ;). Cz. I - prosty jak patyk sposób na zagospodarowanie przestrzeni ściennej.

Gdybym wygrała "6" w totka zapewne zwiedzałabym teraz Indie albo szukałabym dywanu w rdzawym kolorze na marokańskim targu (marzenie). Tymczasem karty mojego paszportu świecą pustkami, a ja od dłuższego czasu uprawiam mieszkaniową sztukę iluzji (podobno całkiem skutecznie) - "gdzie to ja nie byłam i czego to moje oko nie widziało". 
Oto na jednej ze ścian mojej kuchni wiszą pamiątki z Indii. Uśmiecham się za każdym razem do małej sukienki, a właściwie tuniki (kameez) misternie zdobionej koralikowym haftem. Gdybym miała córkę równie dobrze zamiast tiulowej rażąco różowej sukienki mogłabym założyć jej właśnię tę tunikę i bawiłybyśmy się wyśmienicie w księżniczki ;).  
Na uwagę zasługują również dwie torebki. Jedna zdobiona złotym haftem oraz cekinami, a druga charakterystycznym indyjskim patchworkiem. Cuda te kosztowały mnie "majątek" i przywiozłam je w większości z wyprawy na drugi koniec świata, czyli ekhmm... z wielkiego światowego bazaru, szumnie zwanego lumpeksem, znajdującego się AŻ po drugiej stronie ulicy, na której przyszło mi mieszkać ;].   






kameez: lumpeks 5 zł
torebka patchwork: lumpeks 10zł
torebka wyszywana złotymi nićmi i cekinami: Orient Express % 10 zł.

 Bo tak właściwie na ścianach można powiesić wszystko, co nam tylko przyjdzie do głowy. Niektóre ubrania są tak piękne (zwłaszcza te przywiezione z dalekich podróży), że żal je chować do szafy. Poza tym są realnym, dużo bardziej namacalnym nośnikiem wspomnień niż te, które uwieczniliśmy na dwuwymiarowej fotografii. Do ich ekspozycji wystarczy prosty patyk, ewentualnie kawałek sznurka. Na pewno sprowokują do pytań gości i staną się początkiem ciekawej opowieści przy filiżance kawy.






















wtorek, 11 czerwca 2013

Orientalne poszewki DIY

Jakiś czas temu w mojej kuchennej "pracowni" powstały dwie piękne orientalne poszewki na poduchy. Nawet nie wiem jak to się stało, że zapomniałam pochwalić się nimi na blogu, a myślę, że mogę być z nich dumna :).  Mam ogromną słabość do pomponów i frędzli wszelakich. Szkoda, że trzeba się trochę ze świecą nachodzić, żeby znaleźć ciekawe akcesoria krawieckie. O polskich tekstyliach nawet wspominać nie będę. Chyba lata świetlne miną zanim asortyment sklepów z tkaninami będzie zbliżony do zagranicznego. Jak dobrze, że jest internet :).







Karuzelka to też dzieło moich rąk :)).







 Następnym razem pochwalę się pufą, którą uszyłam Gabrysiowi :).