piątek, 21 lutego 2014

Jak zostać złodziejem własnego roweru...

Lubię tę swoją Hutę. Parki, łąki i architekturę. Przestały mi nawet przeszkadzać masakrycznie krzywe chodniki (czasami bezpieczniej wózek pod pachą nieść) oraz głośne zabawy w "Stylowej", zupełnie rozmijające się z moim gustem muzycznym ;). Całkiem przyjazna ta Huta dla rowero-maniaków. Nie żebym się wyczynowo zajmowała tematem, ale przez ponad pół roku, odkąd jeżdżę rowerem do pracy, zostawiłam go w domu dwa razy. Jakiś miesiąc temu ilość pokrywy śnieżnej, która ukazała się moim oczom o 6 nad ranem podpowiedziała mi, że jak wychodzić z domu to tylko z sankami. A parę dni temu? No cóż... Wychodzę z domu, zbliżam się w podskokach do roweru, nurkuję dłonią w torebce i ...nie ma! No nie ma moich kluczy! Wracam do domu. Omiatam wzrokiem wszystkie powierzchnie płaskie i zakamarki. Przegrzebuję kieszenie kurtek i spodni. I ni ma!!! Zanim mi krew całkiem policzki zalała przypomniałam sobie, że zapasowy kluczyk gdzieś mam. Zmieniłam zatem kryteria poszukiwań, ale jak sobie uprzytomniłam, że szukanie czegokolwiek tuż po przemeblowaniu w pokoju jest słabym pomysłem to mi wszystko opadło. Nic to! Lecę wściekła na tramwaj... ścieżką rowerową - z przyzwyczajenia :x i rozpaczam dzień cały za kluczami i rowerem, który sobie na Amen przypięłam do rury wyłażącej ze ściany budynku. Znalazłam zapasowe dopiero następnego dnia. Już miałam spisywać oryginalne na straty (łącznie z kluczykiem do skrzynki na listy), kiedy po paru dniach ukazały się moim oczom pod pluszowym miśkiem mojego dziecka :).











Szarawary: Kailu.pl
koszulka, buty: lumpeks
kurtka: allegro
naszyjnik: podarunek od czytelniczki (pozdrawiam Gabrielę ze Szwecji :))
bransoleta: dawno temu na straganie przy Sukienicach
torba: własnoręcznie uszyta :)